Agadir, turystyczna stolica Maroka

...a może chcesz udostępnić ten wpis znajomym?
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Agadir –  jak całe Maroko – zostawiło u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, chęć handlowców, by dorobić się na niezorientowanych obcokrajowcach, niekiedy natrętność i ogólne zmęczenie byciem celem i ofiarą, z drugiej strony – świetne miejsce na wypady po okolicach, w miarę sensowne ceny w lokalnych restauracjach (w porównaniu z Essaouirrą) i możliwość obserwacji normalnego życia miasta.

Agadir – najpopularniejszy kurort turystyczny w Maroku, dość duży ośrodek rybołówstwa (świeże ryby i seafood cały czas!), port oraz najbliższe miasto turystyczne od lotniska międzynarodowego.

Miasto z bogatą historią (od XV wieku)  i, niestety współczesną architekturą. Trzęsienie ziemi w 1960 roku zrównało miasto praktycznie z ziemią, zginęło kilkanaście tysięcy ludzi. Agadir został odbudowany, ale klimatu typowego arabskiego miasta próżno tu szukać.

Przejeżdżając obok sypialnych rejonów prawdopodobnie nie bylibyście w stanie stwierdzić gdzie się znajdujecie. A gdyby tak usunąć palmy, to można nawet byłoby szukać takiego krajobrazu w Europie.

Podejście do turystów

Charakter miasta określa często podejście do odwiedzających miasto ludzi.

Handlowcy i właściciele sklepików rozróżniają nowo przybyłych chyba po odcieniu skóry. W pierwsze kilka dni wszyscy płacą podatek od naiwności (niektórzy, z nadmiarem gotówki, pewnie cały czas). My też zapłaciliśmy – kupując zwykłą wodę pierwszego dnia, za 34 dirhamy zamiast 5-6. Refleksja przyszła po chwili, a wywiad w pobliskich sklepach tylko w tym nas upewnił. WODA KOSZTUJE 5-6 dirhamów :D w najdroższych miejscach – typu przy plaży – 10.

Restauracyjki przy porcie serwują przepyszne ryby i seafood, krewetki i kalmary są obłędnie słodkie, ale do każdego rachunku doliczają koszt starterów – około 10 dirhamów (oliwki, harissa, chleb, sałatka), które dla lokalnej ludności oraz w innych restauracjach, mniej turystycznych, są za darmo. Za pierwszym razem próbowali nam też wmówić zjedzenie 2 porcji zamiast jednej. Ale po pierwszej uwadze rachunek wyrzucili i przedstawili do wglądu nowy, znacznie mniejszy ;)

Warto uzbroić się w cierpliwość i bronić swoich racji z uśmiechem. Aczkolwiek pamiętajcie o przelicznikach na złotówki. Czasami może się okazać, że dyskusja toczy się o 50 groszy. Ja wiem, że zasad trzeba bronić, ale czasami warto po prostu odpuścić.

Jak się poruszać po Agadirze

Taksówki. W Agadirze są 2 rodzaje taksówek: Petite taxi i Grand taxi. Różnią się kolorem (petite – pomarańczowe, grand – białe i niebieskie), zakresem (petite nie wyjeżdża poza miasto, grandem możecie pojechać do pobliskich miejscowości i dalej, jeśli pozwala gotówka), sposobem podróżowania (petite zabiera max 3 osoby, do granda wsiada zazwyczaj więcej osób niż miejsc, do 7, słyszeliśmy o 9, płaci się wtedy od osoby, znacznie mniej w przeliczeniu na osobokilometry) oraz cenami.

Po mieście najlepiej poruszać się petite taxi. Każda podróż, do wszystkich najważniejszych miejsc w mieście, nie powinna kosztować więcej niż 20 dirhamów. Petite taxi, w większości posiadają taksometry i najlepiej podróżować taksówkami, które taki licznik posiadają i włączają na czas podróży. Tylko raz przewieźli nas nieco dookoła ale nadal w limicie 20 dirhamów. Taksówki Petite nie mają prawa wyjeżdżać poza granice miasta.

Za pomocą Grand taxi zajedziecie znacznie dalej. Np. do Auriru albo Inezganu. Po mieście też można, ale nigdy niewiadomo ile trzeba będzie zapłacić oraz ile osób się po drodze dosiądzie by pojechać w tym samym kierunku. Nie korzystaliśmy z braku potrzeby – na dalsze wojaże taksówkowe lub sprawdzanie ile osób zmieści się na tylnym siedzeniu włącznie z naszymi europejskimi gabarytami.

Grand taxi zabierze was również na Kasbę – wielką górę z napisem „Bóg, Król, Naród”, ułożonym z kamieni i podświetlanym w nocy. Z góry roztacza się przepiękny widok na miasto i okolicy.

Taksówki można złapać wszędzie w mieście, machając ręką lub na postoju taksówek w centrum miasta.

Autobusy. Z tego co zdążyłam się zorientować, nie ma komunikacji stricte miejskiej. Autobusy łączą małe miejscowości, przejeżdżając przez główne ulicy Agadiru. Co pozwala wszystkim – również turystom – poruszać się po okolicach Agadiru bez przeszkód. Autobusy jeżdżą do Inezgane, gdzie znajduje się główny dworzec autobusowy (połączenia między dużymi miastami i lotniskiem), Auriru, Tamraghtu, Taghazoutu, Tamri. Na każdym przystanku znajduje się rozkład połączeń.

Trzeba tylko się upewnić czy czekacie w dobrym kierunku. Autobusem można dojechać do Marjane, Bonprix, Zoo, Portu. Cena biletów różni się w zależności od końcowej destynacji autobusu – 3-5 dirhamów, niezależnie od tego gdzie wsiadacie i gdzie jedziecie. Kierowca zawsze wydaje bilet, który warto trzymać do końca podróży. Kontrolerzy biletów są bardzo sumienni i wszechobecni. Byliśmy sprawdzani praktycznie we wszystkich autobusach, którymi się poruszaliśmy.

W Agadirze również jest dworzec autobusowy, niedaleko Souku. Można tam kupić bilety do największych miast Maroka. Połączenia obsługują 2 firmy – Supra Tours i CTM. CTM ma znacznie więcej połączeń oraz dogodniejsze godziny.

Jesteśmy wielkimi zwolennikami miejscowych autobusów. Kierowcy są życzliwi i podpowiadają gdzie trzeba wysiąść, można poobserwować ludzi przemieszczających się w swoich sprawach oraz nie przepłacać za taksówki, nawet jeśli na nasze pieniądze są tanie.

Gdzie robić zakupy

Souk (bazar) kontra Uniprix. Uważacie się za wytrawnych negocjatorów, kupujecie za pierwszą cenę którą usłyszycie czy wolicie komfort psychiczny? Podejrzewam, każda metoda ma swoich zwolenników. Michał umie się targować i zazwyczaj ze wszystkich bazarów i sklepów w Azji wracam z nowymi kieckami, szalikami i innymi bibelotami w całkiem fajnej cenie. Ja też potrafię ale ta czynność szybko mnie nudzi, tym bardziej zwielokrotniona o konieczność targowania się o wszystko co tylko chcemy kupić. Czuję się potem psychicznie zmęczona i najczęściej mam ochotę po prostu machnąć ręką i wyjść. Dobrze, że Michał tego nie robi.

Souk/bazar – najważniejsze miejsce dla nas w każdym mieście, w każdym kraju. Bazar w Agadirze jest bardzo komercyjny, ze względu na ilość hoteli oraz liczbę turystów w mieście. Wolałam tam bardziej oglądać niż kupować. Aczkolwiek te kolorowe kupki przypraw wabiły bardzo. Perfekcyjnie ułożone, czekają na turystów. Sprzedawcy doskonale wiedzą czego szukają Europejczycy i wykrzykują nazwy przypraw albo pokazują proponując powąchać lub spróbować.

Rzadko który sprzedawca was nie zawoła, zgadując z jakiego kraju jesteście. Na pewno was zaskoczy powitaniem w języku polskim i paroma powiedzonkami. Mnie w ogóle bardzo fascynuje ta umiejętność rozpoznawania narodowości. Podobno w 90% się nie mylą. Mają też niesamowite zdolności podchwytując najczęściej używane zwroty w wielu językach i rozpoznając te języki w tych skąpych słówkach, którymi turyści dzielą się między sobą.

Pośród owoców i warzyw można dostać zawrotu głowy. Potężne stosy o zapachach dojrzałych w słońcu. Ciężko wraca się potem do naszych supermarketów, szczególnie w zimie, gdzie te same produkty nabierają smaku papieru i nie widać różnicy czy dodaje je się do potrawy czy nie.

Chyba nie muszę nadmieniać jak smakują. Najlepszy sok z pomarańczy – są tak słodkie, że ma się wrażenie, że został dosłodzony. Oprócz produktów spożywczych, na souku można znaleźć również ubrania, buty, szaliki, dywany i torby.

Na souku możecie też zakupić tajine – specjalne gliniane naczynie ze stożkową przykrywą do gotowania dania, które często tak samo się nazywa. Gdyby szukać analogii w polskich daniach, najbliżej mu do gulaszu. Do samolotu można zabrać 1 bagaż podręczny i 1 tajine. Natomiast na bazarze w Agadirze wszyscy chcieli, nawet po negocjacjach cenę x 2, schodząc powiedzmy za ten 2-osobowy ze 160-130 do 60 dirhamów. W Tiznicie bez żadnych targowań kupiliśmy za 30 dirhamów, z dziurką na parę, tak jak trzeba. Z tego co wiem, to zdecydowanie lokalna cena za to naczynie.

Souk jest otwarty od 8 do 20.

Uniprix może nie jest tak kolorowy i egzotyczny jak bazar, ale można tam kupić podstawowe przyprawy, w tym genialną Ras El Hanout, w bardzo dobrej cenie, wina importowane i własne (szare wino – poezja!), suweniry, szaliki, dywaniki, kiecki . Wybór jest ograniczony ale nie musicie tam się targować i możecie poświęcić czas na przyglądanie się i dokonanie wyboru. Trzeba tylko pamiętać, że w ciągu dnia jest 2-godzinna przerwa. Można tam również płacić kartą.

W Agadirze znaleźliśmy jeszcze 2 sklepy monopolowe – jeden po drodze do portu i drugi – obok hotelu. I jeden i drugi serwuje alkohole po cenach wyższych niż w Uniprixie (ten przy hotelu po prostu pomnożył ceny x2).

Marjane – kolejne miejsce, gdzie można zrobić zakupy bez targowania się – hipermarket wg standardów, do których przywykliście, nawet rozkład działów i półek jest taki sam. Po drodze do Inezganu znajdują się 2 supermarkety. Jest tam wszystko oprócz alkoholu. Są tam też produkty, które chętniej kupicie dla siebie – paczkowane mięso i ryby, warzywa i owoce na wagę, jogurty w lodówce, olejek arganowy w ludzkich cenach (i nie tylko arganowy – kupiłam też z marchewki i awokado), potrzebne kosmetyki, towary do domu. W galerii handlowej są też sklepy z ubraniami (znacznie lepszej jakości niż na bazarze), biżuterią (piękne srebro mają w Maroku!), AGD, fastfoodami i etc.

Gdzie zjeść

Okolice souku są doskonałym miejscem na herbatę, kawę lub obiad. Niedaleko bramy nr 5 serwują pyszne tajiny, za które nie przepłacicie ani grosza. Są pyszne. Bardzo dobre tajiny w kafejkach przy części warzywno-owocowej w środku, przy ścianie. W cenie około 35 dirhamów za tajine z jagnięciną np. albo mięsnymi kulkami. Można znaleźć zestawy lunchowe – zupa lub sałatka, tajine oraz deser albo herbata w cenie 50-70 dirhamów.

Powtórzę chyba już znaną prawdę, odkrywając Amerykę – najlepsze restauracje lub kawiarnie to te, w których zobaczycie mieszkańców miasta. Im dalej od hoteli i plaży, tym lepiej. Czasami warto pofatygować się parę kilometrów dalej, by zjeść smaczny obiad (i tańszy o połowę).

Port – moje absolutnie ukochane miejsce, nie tylko w Agadirze. W porcie można kupić świeżą rybę, krewetki, kalmary. Wyobraźcie sobie górę świeżo wyłowionej ryby a potem pomnóżcie to razy kilka.

Tyle ryby codziennie pojawia się w porcie, do obiadów dla mieszkańców oraz do smażenia i grillowania w knajpach.

Przygotujcie się na naganiaczy do knajpek. Widzą w was chodzący portfel i sowitą prowizję, więc raczej nie dadzą wam spokojnie wybrać miejsce i podjąć decyzję samodzielnie. Co prawda ceny we wszystkich okienkach są identyczne, stoliki różnią się tylko kolorem ceraty, ale i tak pozostaje uczucie ubezwłasnowolnienia. Mimo wszystko, warto :) smak świeżo grillowanych ryb zrekompensuje wam wszystko!

Sardynki są po 20 dirhamów, mix seafoodu 34 dirhamy, ryby, duże krewetki, kalmary – 300 dirhamow/kg (około 70 za porcję).

Można też, mijając srogich stróżów porządku, wejść do portu poobserwować pracę rybaków, statki i mewy czyhające na ostatki rybne wraz z kotami.

Lojalnie uprzedzam – tam pachnie rybą, czasami rybą, która leżała dość długo na słońcu. Przy kafejkach czasami też. I dymem z grilla, ale to już tylko przy kafejkach. Nie warto też tam się wybierać w sandałkach i otwartych butach. Chyba że nie pójdziecie dalej, niż do pierwszej restauracyjki przy przystanku. Dla mnie nakreślone magią wody, otwartych przestrzeni i obietnicą możliwych podróży.

Co zjeść

Oliwki! Lepszych nie jadłam póki co. Zielone, różowe, czarne. W przyprawach i saute. Do kupienia w różnych wersjach na targach. Jestem gotowa się założyć, że tyle odmian nawet nie przychodzi wam do głowy. Spróbować będzie wiele okazji. Oliwki zazwyczaj są podawane we wszystkich restauracjach jako przystawka (za darmo, oprócz targu rybnego w porcie Agadiru). Obecnie Maroko jest jednym z największych producentów światowych oliwek i oliwy, mimo, że oliwki zostały przywiezione do Maroka wraz z Maurami z Andaluzji.

Razem z oliwkami – i nie tylko – podają harissę. Ostra, aromatyczna pasta z papryczek chili z oliwą i czosnkiem. Dobra z oliwkami, kawałkiem chleba, jako dodatek to mięsa. Ma specyficzny smak i czasami trzeba uważać z ilością. Niektóre wersja potrafią być naprawdę ostre :)

Sałatka marokańska. Prosta w zrobieniu jak nie wiem co. Smakuje przepysznie jako przystawka, jako sałatka sama w sobie. Drobno pokrojone pomidory, zielona papryka, czerwona cebula. Albo wersja z czosnkiem zamiast cebuli. Dużą rolę odgrywa niestety pochodzenie warzyw. Pomidory i papryka wygrzane na słońcu smakują inaczej. Czasami podawana w wersji z pomidorami i ogórkami. Pamiętajcie tylko, że takie zestawienie wg ostatnich badań i doniesień nie jest zbyt korzystne dla naszego zdrowia i lepiej go unikać.

Harira. Pyszna, pikantna zupa z soczewicy. Oczywiście, z dodatkiem aromatycznych ziół. Może być również wersja mięsna, z baraniną. Doznania smakowe zależą niestety od miejsca i umiejętności kucharza. Michał wrócił za pierwszym razem z bardzo negatywnymi wspomnieniami co do tej zupy. Natomiast wersja hotelowa tym razem przywróciła mu wiarę (przepis tu!).

Tajine (tadżin)  powinien znaleźć się na liście do spróbowania wysoko. Nie jest to nic innego jak duszone mięso z warzywami, danie jednogarnkowe, przygotowane w specjalnym naczyniu o tej samej nazwie. Wersji tyle co kucharzy. Nam najbardziej smakowała jagnięcina i ryba. W domu robiliśmy już wieprzowinę i kurczaka – i też wychodzą znakomicie.

Owoce morza i ryby – koniecznie! Jeśli widok ośmiorniczek i krewetek nie wywołuje spazmów, to taka mieszanka albo pojedyncze okazy do wyboru są obowiązkowym punktem na mapie kulinarnej.  Grillowane albo smażone w cieście. Zazwyczaj świeże, dopiero co wyłowione. Tak zapadły mi w pamięć, że jestem gotowa wrócić tylko dla nich. Właściwie wielu dań nie spróbowałam z ich powodu nie mogąc sobie odmówić kolejnej porcji. Tak właśnie umarł we mnie duch małego odkrywcy.

Świeże soki. Taka sama sytuacja, co z pomidorami i papryką. Pomarańcze dojrzałe w słońcu są obłędne. Sok z nich jeszcze bardziej. Wart każdego dirhama, którego za niego zapłacicie. Sok z awokado pyszny – ale zmieszany z jogurtem, więc warto uważać przy wrażliwych żołądkach. Panache – sok s kilku rodzajów owoców.

Herbata z miętą – marokańska whiskey. Świetnie zaspokaja pragnienie (przynajmniej moje) i mocno uzależnia. Pomaga na trawienie i poprawia humor.Uzależnia na tyle, że po powrocie kupujemy miętę hurtowo i parzymy prawie codziennie.

Owoce i warzywa. Kupowane na targu dostarczą masę przyjemności. Takie jak pamiętam z dzieciństwa, kiedy wszystko było sezonowe i rozwijało się naturalnie, na potrzeby lokalne a nie kursowało pomiędzy krajami i kontynentami zielone dojrzewając w drodze.

Słodycze. Jak wszystkie kraje z wpływami arabskimi, słodyczy mają dużo. Oprócz standardowej oferty hotelowej,typu bułeczki, croissanty, są ciasteczka z orzechami, z miodem i bakaliami. Mały rozmiar tylko złudnie uspokaja, podstępnie proponując wziąć jeszcze jedno. Dobre są. Starałam się jak mogłam by się opierać ale nie zawsze mi wychodziło.

Na marginesie – wędlina i ser żółty, przynajmniej w hotelu, nie powaliły nas na kolana. Po pierwszym razie po prostu przestałam je brać. Jest tyle smacznych rzeczy w Maroku, że przez jakiś czas można się obejść bez standardowej kanapki z wędliną i serem. Nie spróbowaliśmy również dań z kuskusem (również bardzo charakterystyczne dla kuchni Maroka). Nie bardzo lubię i nie byłam w stanie się przełamać by spróbować.

Warto zobaczyć

Zoo (inaczej Dolina Ptaków) – tak, w Agadirze jest zoo, całkiem bezpłatne! Całkiem małe również. Ale doskonałe miejsce na spędzenie czasu. Mniej więcej na poziomie Uniprixu, przy morzu. Trochę ptactwa, trochę zwierzyny. Bardziej park na spacer i lody niż zoo z prawdziwego zdarzenia. Ale chwali się, że jest otwarte dla wszystkich i można mieć kontakt z przyrodą.

Na koniec najważniejsze – plaże! Miejsce, w którym zazwyczaj nic specjalnego się nie dzieje, które natomiast przynosi mnie, nam odpoczynek, relaks, spokój. Mogę gapić się w fale godzinami, a książka pod szum fal połyka się znacznie szybciej. Plaża Agadiru jest dość długa, zagospodarowana oraz dość brudna. Każdy hotel posiada swój zakątek z leżakami i parasolkami. Bezpłatnie. Każdy też może taki leżak wynająć za opłatą.

Nic nie stoi na przeszkodzie, by rozłożyć się z ręcznikiem przy wodzie. Co prawda, w trakcie przypływu jest to dość niebezpieczne. Nie zauważyliśmy, jak w ciągu pół godziny przybyło wody i kolejna fala po prostu zalała wszystkie nasze rzeczy, po raz drugi w Maroku. Idąc linią brzegu, można dojść do Mariny i portu. Fale pozwalają się kąpać, radośnie poskakać w morskiej pianie (bywały naprawdę niezłe ale nie poniewierały).

Znacznie bardziej spodobały nam się plaże Auriru, Tamraghtu, Taghazoutu, Tamri. Wszystkie miejscowości są w tej samej linii i można wybierać. Są to plaże jeszcze niezbyt zagospodarowane, na chwilę obecną są tam pustki i bazy surferskie. Woda jest czysta, piasek także. Niestety (albo stety) w okolicach Tamri budują dziesiątki ekskluzywnych hoteli, które przyjmą za chwilę majętnych surferów i małe miasteczka napełnią się turystami z tlenionymi włosami. Póki co, pomiędzy ogrodzeniami widzieliśmy namioty i nieliczne grupki rodzinne wypoczywające w ciszy i spokoju nad wodą. Nie dziwię się, że hotelarzy zamierzają tę ziemię wykorzystać. Póki co są tam niezbyt rozpieszczone turystami restauracje, w których można zjeść autentyczne danie, bez dostosowania się do turystów. Do wszystkich miejscowości dojeżdżają autobusy. Do Auriru jedzie się około 20 minut, do Tamri – około 1,5-2 godzin. Za te same pieniądze, czyli 4-5 dirhamów, w zależności od linii.

W Agadirze jest również medyna. Do której nie dojechaliśmy ze względu na wizyty w medynach innych miast. Medyna, tak samo jak miasto, jest zbudowana na nowo, w klimacie marokańskim. Jeśli nigdzie z Agadiru się nie ruszacie, to warto odwiedzić. Jeśli zamierzacie pojechać do Tiznitu, Essaouirry, Marakeshu – myślę, nie ma sensu (chyba że macie dużo czasu by zobaczyć wszystko).

Wypady z Agadiru – wycieczki

Na oddzielną uwagę zasługują wycieczki fakultatywne, tudzież po prostu wycieczki do innych miast. Do Essaouiry, do wodospadu, do Legziry, na Kasbę, do Marakeshu, na pustynię, na wielblądy. Są wycieczki biur podróży (dostępne przez polskich rezydentów) dostępne w hotelach, są wycieczki lokalnych biur podróży, zazwyczaj 200-300 dirhamów tańsze (Michał, będąc poprzednim razem w Maroku korzystał – i wszystko było w porządku). Z lokalnymi biurami można się targować! Na własną rękę ta sama trasa wychodzi oczywiście znacznie taniej i nie ograniczają was żadne ramki czasowe. Dla porównania, biuro podróży polskie – lokalne (w lokalnych – ceny wyjściowe):

  • Marrakesz 777 dirhamów – 350 dirhamów
  • Essaouira 425 dirhamów – 280 dirhamów (autobusem w 2 strony 130 dirhamów)
  • Marrakesz i Essaouira 1340 dirhamów – 900 dirhamów
  • wielblądy 25o dirhamów – 170-200 dirhamów

Ceny w lokalnych biurach są bardzo podobne. Kwestia waszego widzimisie – komu zaufacie i z kim pojedziecie.

Kurs dirhama do złotego – 10 dirhamów za 3.8 PLN. Polecamy bardzo aplikacje z przelicznikiem walut na telefon, które oszczędzają mnóstwo czasu oraz pieniędzy lub sprawdzanie kursu na stronie Banku Narodowego.

Można dyskutować, czy Agadir jest dobrym miejscem na dłuższą chwilę. Architektura raczej was nie poruszy. Ja zazwyczaj odnajduję się w każdym mieście dzięki małym przyjemnościom, które ubarwiają moje życie, niezależnie od kraju w którym się znajduję. Nie umiem wykrzesać ciepłych uczuć do miasta, ale trzymam w pamięci te wszystkie momenty, z którymi będzie mi się kojarzyć Maroko (głównie spożywcze – oddzielny temat, obiecuję!).

Im dalej od turystów, tym lepiej spędzamy czas. Ani razu nie weszliśmy do restauracji nastawionych na przyjezdnych z Europy. Piliśmy marokańską whiskey (mocna herbata ze świeżą miętą), genialne soki, jedliśmy ryby, seafood i tajiny, piliśmy szare i czerwone wino na balkonie (w hotelu była nawet lodóweczka, która dawała radę) i kąpaliśmy się w oceanie na przemian z basenem. Potrzebujecie coś więcej by wypocząć?

Zobacz wszystkie nasze wpisy z Maroka

Inne miasta w Maroku, atrakcje, zabytki, ceny, praktyczne porady – znajdziecie u Pawła z Osmol.pl oraz Agnieszki z Zależna w podróży

Noclegi w Agadirze w dobrych cenach

 

Jeśli spodobał Ci się ten post i chcesz być na bieżąco, to po więcej informacji, inspiracji, ciekawostek zapraszamy na   Facebook, Instagram i Twitter - do zobaczenia!

...a może chcesz udostępnić ten wpis znajomym?
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

9 thoughts on “Agadir, turystyczna stolica Maroka”

  1. Mario uważa, że:

    dzięki za opis,za tydzień mamy objazd(magiczne południe) plus wypoczynek w Agadirze.Raczej już nie będziemy się ruszać z tego miasta ale połazić i popatrzeć warto

    1. Tati uważa, że:

      Koniecznie! Okolice Agadiru są piękne. A sam pobyt nie oznacza siedzenie przy basenie. Udanego wypoczynku i dużo fajnych wspomnień :)

  2. Karolina Woszczyk uważa, że:

    Z ciekawością czyta się wszystkie wpisy. Jade tam za miesiąc więc przydadzą mi się wszystkie informacje 😉

  3. italiapozaszlakiem.blogspot.com uważa, że:

    Konkretny strzał! Jak oborię ten kierunek wracam do wpisu! I tylko tego szarego wina mi brak:))).

    1. Tati uważa, że:

      Szare wino jest tak dobre, że zasługuje na oddzielny post ;)

  4. Ewa Romek uważa, że:

    Fajnie wszystko opisane – na pewno kiedyś się przyda! :))

    1. Tati uważa, że:

      Cieszę się :)

  5. wgasowski uważa, że:

    Bardzo dobry wpis! Z lenistwa brakuje mi tylko dwóch rzeczy:

    1. Kurs dirhama marokańskiego do złotego (ot tak… rząd wielkości)
    2. Akapit o Tajine :) Nieznany mi przyrząd, a gdyby nie ostatnie zdanie to pomyślałbym że to jakaś forma torby podróżnej przeznaczona dla pary (choć wzmianki do czego to służy brakuje, chyba że była w innych wpisach… to lynk)

    1. Tati uważa, że:

      dziękuję! :) uzupełnię wpis o kurs dirhama (10 dirhamów to około 3,8 PLN) a o Tajine napiszę w następnych postach – wszystkie spożywcze cudowności marokańskie, które warto spróbować oraz jak niektóre zrobić w domu :) zapraszam za parę dni!

Dodaj komentarz

Więcej interesujących wpisów: