Strona główna Afryka Legzira – plaża ze snu

Legzira – plaża ze snu

10 min. czytania
8
0
77

Legzira – jedna z najpiękniejszych plaż Maroka, na której wciąż jest mało ludzi, dużo miejsca oraz nieziemskie widoki.

O tym, że takie miejsce istnieje, dowiedzieliśmy się już na miejscu, z broszury lokalnego biura podróży, choć prawdopodobnie już kiedyś wcześniej w internetach widzieliśmy te zachwycające formacje skalne na plaży, ale żadne z nas nie miało świadomości, że to tak niedaleko od Agadiru, w którym mieszkaliśmy.

Dotarcie na miejsce wymaga albo dość zaawansowanej kombinatoryki w zakresie komunikacji publicznej, albo wynajęcia własnego transportu, my wybraliśmy drugą opcję – wynajęty „po znajomości” samochód, na 4 osoby kosztował taniej, niż dwuosobowa wycieczka z biura (około 800 dirhamów). Trasa jest momentami naprawdę przepiękna, a prowadzenie samochodu po marokańskich drogach, nie takie straszne, jak je malują.

Pan z wypożyczalni nastraszył policją i nakazał trzymać się ograniczeń prędkości, jak własnych zasad moralnych. No to więc nie rozpędzaliśmy się powyżej 50-70 km na godzinę i zwracaliśmy uwagę na wszystkie znaki drogowe. Okazało się to dość przydatne, ponieważ kilka razy spotkaliśmy się ze stojącą na poboczu kontrolą policyjną, która, oprócz radaru, trzymała w pogotowiu również rozłożone na jednym z pasów kolczatki.

Legzira – jak dojechać

Z Agadiru do Legziry wiedzie dość prosta i przyjemna droga wzdłuż wybrzeża, bez żadnych skrętów. Gdy miniemy miejscowość Mirleft, po jakiś 15km, warto zacząć się rozglądać w poszukiwaniu wskazówki zjazdu do Legziry. Droga polna – żwirowa, dość stromy zjazd na dół na mały parking, na widok którego ścisnęło mi żołądek, a świadomość, że wynajęty samochód do najmłodszych nie należy, nie pomagała.

Plaża w Legzirze

Legzira absolutnie, nie jest kurortem ani przystosowaną do wypoczynku plażą, raczej kilka domków, przykład szczęścia i przekleństwa niedoinwestowanego sektora turystycznego w Maroku – zero hoteli, które pewnie bardzo szybko zabiłyby urok tego miejsca.

Kilkadziesiąt stopni w dół – i trafiamy na przepiękną i niemal pustą plażę. Teraz czas na spacer – do najbliższych „słoni”, czyli form – kolumn skalnych idzie się około pół godziny (Here pokazał około 1,5-2 km). Widok, który ukazuje się po tym dystansie, wynagradza wszelkie podróże i spacery – ogromne, monumentalne wręcz skały, poddane erozji, z wypłukanymi łukami – przejściami, to wrażenie jedyne w swoim rodzaju.

Fale, rozbijając się o skały, tworzą mgiełkę mikroskopijnych kropelek wody, nadając plaży jeszcze bardziej magicznego klimatu.

Zaskoczyło nas na pewno obozowisko w niecce skalnej – grupa surferów rozbiła sobie obóz na samej plaży. Może do sklepu, czy knajpy daleko, ale nocleg w takim miejscu musi pozostawać w pamięci do końca życia.

Z praktycznych porad – wiele jest miejsc, gdzie piasek pokryty jest w całości dość ostrymi kamieniami, zatem zalecamy jakieś lekkie sandały, które będzie można szybko założyć i zdjąć. Spacer boso będzie dość ekstremalną wersją zabiegu akupresury.

Co do kąpieli, to w pobliżu tych skalnych „słoni” fale są naprawdę silne, nie brakuje też mniejszych, często przykrytych wodą skałek, więc polecamy raczej kąpiel bliżej osady – ocean jest tam znacznie spokojniejszy.

Nieprzyjemne przeczucia w drodze powrotnej się spełniły. Zjechać w dół problemem nie było, ale wdrapać się z powrotem na zdezelowanym Daewoo – już tak. Samochód gasł na jedynce, na dwójce, z łagodnym przyspieszeniem i z wdepniętym pedałem gazu w podłogę. Próbując odpalić samochód i zmusić go do pokonania górki, widziałam tylko niebezpiecznie zmniejszający się dystans do krawędzi klifu oraz słyszałam w głowie ten cieniutki drażniący głosik rozsądku, że lecieć w dół będziemy długo. Potem mnie zmroziło i rzuciło w żar jednocześnie, jak zobaczyłam na tej wąskiej dróżce zjeżdżający z naprzeciwka samochód, co oznaczało, że muszę ze środka drogi przesunąć się jeszcze bardziej wprawo ku urwisku, ustępując mu drogę. Nie pamiętam użytej kombinacji biegów, nerwów i brzydkich słów, ale chwilę później, prawie dymiąc i paląc opony, wylecieliśmy z rykiem na górę.

Możecie wyobrazić sobie, jak się czułam? Tak, te nogi słoni w oddali chwilowo nie robiły wrażenia.

Jeśli, spełnieni zachwytem, udamy się 10 km dalej na południe, trafimy do Sidi Ifni, małego, typowego marokańskiego  miasteczka, w którym raczej nie znajdziemy niczego, po co by warto specjalnie tam jechać, natomiast można zatrzymać się
w okolicach portu na smażone na grillu ryby, są naprawdę smaczne, a zjemy je w wyłącznie miejscowym towarzystwie.

Staramy się z założenia nie przesadzać z ilością zdjęć w artykułach, ale tym razem naprawdę ciężko się powstrzymać ;).

Jeśli spodobał Ci się ten post i chcesz być na bieżąco, to po więcej informacji, inspiracji, ciekawostek zapraszamy na   Facebook, Instagram i Twitter - do zobaczenia!
pokaż więcej
Load More In Afryka

8 komentarzy

  1. Joanna Stasiak

    25 września 2016 at 4:00 pm

    Mnie się na szczęście udało zobaczyć rok temu, naprawdę szkoda bo było to niesamowite.

    Reply

  2. Paulina Wierzgacz

    25 września 2016 at 3:13 pm

  3. Henryk w terenie

    25 września 2016 at 2:45 pm

    Nam się udało, prawie rok temu. Problemy na trasie początkowo nas zniechęciły, ale teraz docenimy ten punkt wycieczki jeszcze bardziej…

    Reply

  4. Evi Mielczarek

    25 września 2016 at 1:32 pm

    Że też nie zdążyłam jej zobaczyć :(

    Reply

  5. urlopnaetaciepl

    27 listopada 2014 at 9:45 am

    N I E S A M O W I T E miejsce!! Zazdroszczę! Chociaż Ci surferzy biwakujący mocne nerwy mają, ja bym się bała, że mnie fale sprzątną w nocy ;)

    Reply

    • Tati

      27 listopada 2014 at 10:21 am

      Na fale faktycznie trzeba uważać. Nam zmyło prawie rzeczy do oceanu – bo rozłożyliśmy się za blisko brzegu. Ale biwaki były na wzgórzu i w takiej wnęce, więc chyba luz, można spać spokojnie ;)

      Reply

Dodaj komentarz

Zobacz także

Toskania na wyrywki: Diabelski most przy Borgo a Mozzano

Diabelski most (Ponte del Diavolo) wyskoczył znienacka w poszukiwaniu ciekawych miejsc w T…