Gdzie na wakacje? Do Meklemburgii-Pomorza Przedniego!

Jeśli podoba Ci się ten wpis, udostępnij go:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Każdy z nas co roku zadaje się tym samym pytaniem – gdzie na wakacje. Niektórzy lubią jeździć w miejsca znane i sprawdzone, niektórzy wolą w podróży odkrywać nowe miejscówki. My, oprócz miejsc, w których czujemy się dobrze i lubimy tam wracać, staramy się raz do roku zorganizować podróż tam, gdzie nas jeszcze nie było. Jesteśmy bardziej wodolubni (z przyczyn zdrowotnych również), dlatego zazwyczaj jedziemy w miejsce, gdzie jest jezioro, rzeka albo morze.

Meklemburgia-Pomorze Przednie została naszym takim czarnym koniem wakacyjnym. Po sieci krąży bardzo dużo zdjęć plaż, miejsc na wakacje, gdzie można odpocząć i złapać trochę oddechu. Umiem wyobrazić sobie relaks na plaży w Tajlandii, Vietnamie, Francji, Hiszpanii, Włoszech – nawet jeśli nigdy tam nie byłam. Znam sporo miejsc – np. w Polsce – i mogę wyobrazić sobie, jak inne podobne będą wyglądały. Natomiast na hasło „plaża w Niemczech” nic mi do głowy, żaden obraz, nie przychodził. Sporo osób z Niemiec, spotkanych za granicą (wcale nie stereotypowych), podczas urlopu – owszem. Bajeczne zamki, dobre piwo, alternatywny Berlin, festiwale, niedoceniane wino. Nie plaże.

A taki błąd!

Wróciliśmy zauroczeni, zachwyceni, nie dało się bez uśmiechu i piskami radości przejechać dłużej niż parę kilometrów, z zamiarem, by wrócić ponownie, bo do obejrzenia i sprawdzenia zostało jeszcze wiele. Znacznie więcej, niż na na kolejny tydzień albo dwa. No to dlaczego było warto?

Nasze 7 powodów, dla których warto na wakacje pojechać do Meklemburgii – Pomorza Przedniego

Plaże

Na każdy gust i kieszeń. Prawie 2000 km przyjemności, tak różnorodnych, że nie sposób tutaj się nudzić. I nie są to tylko plaże przy Bałtyku, dopiszcie do tego ogrom jezior.

Plaże przy klifach kredowych parku narodowego Jasmund są kamieniste, często nie nadają się do kąpania.

Ale powtórzyłabym spacer wybrzeżem bez zbędnego namysłu – szum i zapach morza, krzyk mew, piękne kamyczki i bursztyny pod nogami, skały kredowe przypominające o historii powstania świata i bujna zieleń lasów.

Jeśli czujecie się na siłach i zaprawieni z was szwędacze – zostawcie samochód i zróbcie spacer od Sassnitz do plaży, przy której znajduje się Königsstuhl. Szkoda dojeżdżać tam samochodem, by pominąć te wszystkie wspaniałe widoki po drodze. Wrócić zawsze można autobusem (albo zrobić na odwrót).

Plaże miejskie/miejsca przy wodzie. Każde miasto i miasteczko, z dostępem do wody ją ma.

Miejsce do wypoczynku albo do kąpania (widzieliśmy sporo ludzi kąpiących się na dziko – w sumie, nic nowego, jak jest gorąco to każda woda jest dobra, wiemy nie od dziś). Myślicie sobie, gdzie jest zrobione to zdjęcie? Gdzieś w drodze nad jeziorem?

Otóż nie! W Stralsund w centrum miasta.

Z Greifswald nie chciało nam się wyjeżdżać – impreza przy nabrzeżu trwała w najlepsze prawie przy każdej knajpie. Najbardziej szkoda mi było miejsca przy wesołym autobusie.

Skoro pani kelnerka nie wytrzymała i wyszła do – jak domniemam – stałych bywalców (bo gadała z nimi, tak jakby znała ich milion lat) pod dźwięki rock-n-rolla w ciągu dnia, jak super tam musi być późno wieczorem? Przejechałabym się takim autobusem wieczorową porą ;)

Plaże prawie dzikie (bez infrastruktury, no prawie). Na takiej plaży siedzieliśmy w Zinnowitz, np. Poczułam się prawie jak w Polsce :) Parawany, kocyki, zupełnie tak jakbym wyszła zza wydm w Chałupach.

Z tym, że ludzie tam było o wiele mniej, mimo że plaża była 5 minut na piechotę od campingu w linii prostej od najdalszego miejsca postojowego (oczywiście, że naszego).

Plaże cesarskie – przy kurortach. Za plaże w nadmorskich miejscowościach z wyjątkową architekturą trzeba podziękować Fryderykowi Franciszkowi I, któremu tak się spodobało nad Bałtykiem, że stwierdził temat uzdrowiskowy tu rozwinąć, dzięki czemu na wyspach Uznam i Rugii jest naprawdę wiele kurortów, ośrodków SPA i wellness oraz przytulnych miejscowości nadmorskich, w których chce się spacerować wybrzeżem, jeść lody, siedzieć w koszach plażowych odpoczywając od słońca, a wieczorem iść na rybkę na promenadę.

Hiddensee. Ta wyspa zasługuje na oddzielną uwagę. Zamknięta dla ruchu samochodowego, trochę na uboczu głównego ruchu turystycznego, pozwala odpocząć od zgiełku życia codziennego. Tam człowiek dopiero zwalnia. Znajduje się tu również stacja ornitologiczna Uniwersytetu w Greifswaldzie.

Przyroda

Przepiękna! Morze Bałtyckie, jeziora, lasy, pola, maki przy drogach.

Weźcie rower – ze sobą albo wypożyczcie. Jeździć tu, to sama przyjemność. Dróżki rowerowe biegną często nawet wzdłuż autostrad, dzięki czemu jest bezproblemowy dojazd pomiędzy miejscowościami. Drogowskazy są dostosowane do jazdy rowerowej, pokazują kierunki tras oraz odległości. Pospacerujcie, my, robiąc po ponad 20 km dziennie nogami, nadal mieliśmy niedosyt. Kiedy stopy mówiły już „nie”, nadal chciało się dojść do zakrętu i sprawdzić co jest za nim, albo co będzie w następnej uliczce. Albo za górką. Pisałam już o parku narodowym Jasmund. Pozostały jeszcze dwa – Boddenlandschaft, gdzie możecie spotkać żurawie oraz Müritz, przy jeziorze o tej samej nazwie – największym środlądowym jeziorze Niemiec.

Molo i promenady

Dla mnie miasta z molo i promenadami mają w sobie coś czarującego.

Może dlatego, że w takim mieście wyrosłam. Na spacery i zbieranie myśli jeździło się nad rzekę na promenadę. Molo zobaczyłam po raz pierwszy w Polsce (możecie uwierzyć?) – w Sopocie (taaaak, wiem…). Od tamtego czasu dużo czasu (i wody) upłynęło. Od tej zimy jestem zakochana na zabój w molo w Orłowie, w Gdyni. Nie jest komercyjne, pustawe. A od lata – również w molo Sassnitz.

Wiecie, że to molo jest najdłuższe w Europie? Z góry, z rozciągniętego na linach mostu otwiera się bajeczny widok na morze i port.

Europejski Szlak Gotyku Ceglanego

Miłośnicy historii, sztuki i architektury preferujący zwiedzanie od leżenia na plaży, albo podziwiania widoków, będą tu przeszczęśliwi. My w podróży zawsze mieszamy, zachowując równowagę – bo nie jestem w stanie wytrzymać w bezruchu i lenistwie dłużej niż dzień-dwa :) Przede wszystkim – Stralsund i Greifswald. Perełki hanzeatyckie, ulicami których można spacerować godzinami.

Kościoły, ratusze, uniwersytet, biblioteka – wszędzie wykorzystywano charakterystyczną, czerwoną cegłę, która określa wygląd architektury XIII-XVI ww. oraz była związana z historią tych ziem. Wchodząc do kościoła, wiem, jak mógł czuć się człowiek w tamtych czasach, skoro nawet mnie potęga budowli przytłacza i zmusza do myślenia o moim miejscu we Wszechświecie.

Zabytki można znaleźć nie tylko w większych miastach, ale również w malutkich miasteczkach. Np., w Gingst, w którym szukaliśmy skansenu. Sami mieszkańcy nie wiedzieli, że coś takiego u nich funkcjonuje. Obok kościoła trudno natomiast przejść obok i nie zauważyć – góruje nad miastem przy głównym placu albo rynku (teraz już Starówce).

Jedzenie

To jest miejsce, w których wegetarianie pogodzą się ze swoimi mięsożernymi przeciwnikami. Smaczna kuchnia Meklemburgii-Pomorza Przedniego zaspokoi, myślę, każde gusta.

Dużo ryb – od prostych kanapek po główne dania, smaczne (nie tylko dorsz i flądra) oraz dostępne w każdej, trochę większej miejscowości (boję się was odsyłać do każdej – nie wszędzie wysiedliśmy z samochodu albo zagłębiliśmy się w boczne uliczki, nie wszędzie restauracje przy głównej ulicy były widoczne; ale odległości pomiędzy miasteczkami są tak małe, że zawsze można podjechać).

Drogi

Zaskoczeni? Ja też byłam. Jako kierowca i jako turystka. Jako kierowca, dziwnym zjawiskiem zmniejszena spalania paliwa przy tej samej prędkości i nawet większym obciążeniu samochodu, gdy tylko przekroczyliśmy granicę. Na pewno jest racjonalne, naukowe uzasadnienie tego zjawiska, ale jestem kierowcą biernym – czyli jak coś się dzieje, nie wysiadam dziarsko z samochodu grzebać pod maską tylko dzwonię po pomoc :) Jako turystka, wydawałam z siebie piski zachwytu przez cały tydzień pobytu.

Jak dobrze, że na wielu drogach nie było pobocza i nie można było się zatrzymywać, by robić zdjęcia – mielibyśmy tysiące zdjęć dróg przy polach, maków, arkad, które tworzą drzewa nad drogą, malowniczych alejek jak z filmów wziętych oraz dróg prze las. Zamiast tego, prosiłam Michała za każdym razem zrobić zdjęcia chociaż przez szybę albo na wyciągniętej ręce przez otwarte okno, zwalniając do 10 km/h.

Czasami dało się zatrzymać – np. na drodze z betonowych płyt, skręcając na którą za pierwszym razem mocno wątpiliśmy, czy to w ogóle jest droga przejezdna i co się robi w sytuacji, jeśli ktoś będzie jechał z naprzeciwka (są zatoczki na poczekanie!).

Wyobraźcie sobie ciszę, gdzie słychać tylko cichy warkot silnika (waszego, jeśli nie wyłączycie), cykady, ptaki, czuć intensywny zapach traw. W takich chwilach rozpierają mnie ogromne emocje i poczucie jednania się ze Wszechświatem, bycia tą malutką cząsteczką całości.

No i…

SPOKÓJ

Może nie dla każdego jest to ważne podczas urlopu. Sporo ludzi jeździ na Ibizę, imprezuje do rana, śpi do południa i uważa to za bardzo udany urlop. Sporo osób jeździ do zatłoczonych miejscowości – typu Mielno, Władysławowo, gdzie po parunastu minutach wieczorem mam ochotę z krzykiem uciec gdzieś, gdzie nie będzie ludzi. My, mieszkając w Warszawie i mając dziki ruch, dynamikę miasta i pęd za wszystkim na co dzień, szukamy spokoju. Ciszy. Miejsc, gdzie czas zwalnia. Tu jest takich miejsc pełno! I wielkość miasta, w którym się człowiek znajduje, o niczym nie świadczy. W Sassnitz – dużym mieście portowym, z połączeniami promowymi było spokojnie, mimo turystów i ogromnego wyboru domów wczasowych, wieczorem było cicho i spokojnie – zarówno przy promenadzie w knajpkach, jak i na molo. Nie miałam poczucia, że jestem na dworcu centralnym ogromnego miasta albo lotnisku, gdzie wszyscy się spieszą i muszą zrobić ostatnie zakupy. W Stralsund było mało ludzi, dużo ciekawych rzeczy do robienia oraz pustawe ulice (uwaga – w środku dnia przy Starówce było pełno miejsc parkingowych). W małych miasteczkach życie w ogóle rządzi się swoimi prawami, a wchodząc do restauracji, często czułam się jakbym wchodziła do kogoś do domu. Jeszcze więcej spokoju można znaleźć – o ironio – w drodze po wyspach, zatrzymując się gdzieś w lesie albo przy jeziorach. Albo po prostu zatrzymując się na chwilę, by popatrzeć w morze…

Jeśli przekonaliśmy was do wyjazdu do tego regionu Niemiec, zobaczcie nasz krótki poradnik Meklemburgia-Pomorze Przednie praktycznie. I udanego wyjazdu!


Jeśli podoba Ci się ten wpis, udostępnij go:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Autorem wpisu jest .

Skomentuj

14 thoughts on “Gdzie na wakacje? Do Meklemburgii-Pomorza Przedniego!”

  1. Ollie pisze:

    Ja do tej pory jakoś nie zwiedzałam okolic Bałtyku i myślałam o nim raczej jesienią czy zimą. Bursztynki, sztormy i tak dalej ;) Rzeczywiście to co widzę na zdjęciach wygląda bardzo fajnie i dobrze, że o tym piszesz, to w końcu tak niedaleko! :) Ale rower wodny łabędź – padłam :D

    1. Tati pisze:

      Nie wiem, czy nie wolałabym właśnie Bałtyk zimą. Coraz gorsza ze mnie plażowiczka, coraz lepsza spacerowiczka. A że morze Bałtyckie jest dość kapryśne, to warto i fajnie go zwiedzać o każdej porze roku, bo przygotowuje niespodzianki według swoich zachcianek i humorów :)

  2. Zuza pisze:

    Uwielbiam Bałtyk, więc i do Meklemburgii na pewno kiedyś zajrzę. Szczególnie te klify wyglądają super :)

    1. Tati pisze:

      Klify są mega! Zostalibyśmy tam na dłużej, gdyby nie zepsuła się pogoda.

  3. Wiola Starczewska pisze:

    Taniej czy drożej niż w Polsce? Muszę zadać to pytanie, bo z tego, co pamiętam, wakacje nad polskim Bałtykiem kosztują tyle co wycieczka na Majorkę…

    1. Tati pisze:

      Nie wiem, czy dobrze odpowiem na to pytanie, ponieważ nad Bałtyk polski (na dłużej) nie jeżdżę od dawna i nie mam skali porównawczej. Pokoje w pensjonatach widzieliśmy za 30-40 EUR przy samej plaży (w niektórych w tym było również śniadanie), przekąski, kanapki w takich samych cenach, obiady – drożej, ale można znaleźć za 6-8 EUR. W sklepach (Lidl, Netto, Rewe) ceny takie same jak u nas, albo nawet tańsze (paradoks czasów). Piwo w sklepie w podobnych cenach, w knajpie też chyba podobnie albo ciut drożej (z tym że tyle samo płacimy za dobrego browara np. w Warszawie). Wina w sklepie tańsze.

  4. Marcin Nowak pisze:

    Zdecydowanie obok Szwajcarii Saksońskiej oraz Szwarcwaldu moje TOP3 miejsc, które chciałbym zobaczyć w Niemczech

    1. Tati pisze:

      Nie rozczaruje z pewnością! My chyba tylko musnęliśmy to co ma do zaoferowania. Zamierzam tam wrócić po więcej.

  5. Nina z naszerodzinnepodroze pisze:

    Ja tez w zyciu bym nie pomysla, ze Niemcy to dobry pomysl na plazowanie, a tu niespodzianka! Sliczne zdjecia tylko szkoda, ze takie male, na telefonie prawie nic nie widac.

    1. Tati pisze:

      Ze zdjęciami dziwna sprawa. Powinny wyświetlać się normalnie. Proponuję obejrzeć jeszcze raz na komputerze :)

  6. emiwdrodze pisze:

    Przekonuje mnie szczególnie ostatni punkt (pewnie dlatego, że wychowałam się rzut beretem od zatłoczonego i znielubionego Mielna)! Planuję wizytę w tych rejonach jeszcze w sierpniu, ale będę mieć raptem kilka dni, nie dojadę raczej aż do Rugii tylko skupię się na Uznam. Niemieckie kurorty wielbię już od dawna, do tej pory znałam jednak tylko te z Szlezwika-Holstein. Dzięki za ten post! :)

    1. Tati pisze:

      Nam zabrakło na Uznam czasu – byliśmy przy Zinnowitz, Peenemunde w dzień wyjazdu. A potem tylko żal ściskał, kiedy patrzyłam na kierunkowskazy do miast i zabytków. No nic, trzeba będzie wrócić, nie raz by na wszystko mieć czas. A od strony Szlezwika co polecasz sprawdzić?

      1. Emiwdrodze pisze:

        Mieszkałam kiedyś w Kiel i plażowałam tam, gdzie dojeżdżały autobusy miejskie – w Schilksee (jest tam centrum olimpijskie z olimpiady letniej w 1972 w Monachium – tam były zawody żeglarskie), Strande czy po drugiej stronie zatoki – w Laboe, gdzie dało się dopłynąć promem w cenie biletu na autobus. Stoi tam na plaży wielka łódź podwodna, którą można zwiedzać. I te ich kosze plażowe! W samym Kiel jest przyjemne jeziorko przy ratuszu i port pasażerski z ogromnymi promami w centrum miasta. Miasto ożywa latem podczas Kieler Woche, kiedy jest parada żeglowców i zdaje się największe na świecie regaty, a poza tym stoiska z jedzeniem z całego świata i mnóstwo imprez.
        No i oczywiście Kanał Kiloński. Godzinami tam mogłam siedzieć na moście i patrzeć z góry na przepływające tankowce.

        W Rendsburgu mają ciekawy most kolejowy z podwieszanym na linach promem, gdzieś tam w okolicy jest też interaktywne muzeum niemych.

        Już bliżej granicy duńskiej Flensburg jest przyjemnym małym miasteczkiem, mogłabym przysiąc, że mieli tam muzeum Haribo, ale teraz za Chiny nie mogę w necie znaleźć potwierdzenia tej informacji.

        W Szlezwiku (mieście) mają muzeum Wikingów, ale chyba nie zrobiło na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia.

        Ciągle w Szlezwiku (landzie), ale po drugiej stronie półwyspu, nad Morzem Północnym, jest rezerwat Wattenmeer, czyli hmm… Morze Wattowe? ;)

        A to tylko mały wycinek…Szczerze to już nie pamiętam dokładnie tych wszystkich nazw, minęło trochę czasu, koniecznie tam się kiedyś jeszcze muszę wybrać, a póki co to najlepiej wybierzcie się za mnie i pokażcie zdjęcia ;)

        1. Tati pisze:

          Właśnie ta część Meklemburgii jest w planach na następny raz! Dziękuję bardzo za podpowiedzi – zapisuję sobie do notesu na przyszłość. p.s. Kosze plażowe są przeurocze!!!! i myślę, że jeszcze nie raz tam zawitamy.

Dodaj komentarz

Loading Facebook Comments ...

Więcej interesujących wpisów: