Warszawskie legendy – Bazyliszek

...a może chcesz udostępnić ten wpis znajomym?
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Warszawska mapa kulinarna zmienia się niemal z dnia na dzień – lokale pojawiają się i znikają, niekiedy zmieniają profil, zgodnie z nadchodzącymi trendami. Miejsc, które trwają od lat w niemal niezmienionej formie jest naprawdę niewiele.

Z pewnością do tej drugiej kategorii zalicza się Bazyliszek – to jedna z najbardziej rozpoznawalnych restauracji na Starym Mieście.

Za czasów PRLu była bardzo ekskluzywnym lokalem, jednym z tych, w których bywała warszawska elita. Obecnie restauracja zmieniła zarówno właściciela, jak i profil. Niezmienna pozostaje tylko legenda Bazyliszka – królewskiego jaszczura z białą plamką na głowie zabijającym wzrokiem każdego, kto na niego spojrzał. Do momentu, aż młodzieniec wpadł na pomysł obronić się lustrem, przechytrzyć potwora i go zabić. Tylko jego podobizna nadal próbuje zajrzeć wam w oczy na jednym z pięter restauracji.

W ogóle to z Bazyliszkiem mam swój osobisty romans. Po różnych przebojach mojego pierwszego roku pobytu w Polsce, spędziłam tu pierwsze spokojne Boże Narodzenie, z malutką choineczką na stole (przyniesioną), prezentami, dobrym obiadem, moim pierwszym grzanym winem i namiastką rodzinnej atmosfery w towarzystwie osoby, która właściwie zmieniła moje życie o 180 stopni i dzięki której wygląda ono teraz jak wygląda. Za co w duchu dziękuję mu codziennie.

Dlatego, idąc po raz trzeci, po kilku latach nieobecności, na kolację degustacyjną, byłam bardzo ciekawa wrażeń. Sporo się zmieniło od tego czasu – gusta kulinarne (nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam tradycyjną kuchnię polską), przyzwyczajenia, doświadczenia.

Niewątpliwie – wielkim atutem restauracji, dla wszystkich – i turystów, i mieszkańców – jest lokalizacja i wielkość lokalu. Co prawda, to drugie jest dyskusyjne. Bazyliszek znajduje się w samym centrum Starego miasta, zajmując całą kamienicę (o co lokal nie podejrzewałam) oraz ogromny ogródek – ceny są zaskakująco niewygórowane (szczególnie jak na Stare Miasto), więc bywa tam tłoczno i raczej jest to miejsce na biesiadę w szerszym gronie, niż intymną kolację.

Mimo to, praktycznie zawsze można znaleźć wolny stolik, niezależnie od pory roku, dnia i sezonu. Historyczno-mieszczański wystrój, zdjęcia – wspomnienia starych czasów sprawiają, że chciałabym zamiast dzinsów założyć wytworniejszą sukienkę.

Tyle o samym lokalu, czas na sprawy kluczowe ;).

Nigdy nie byłam wielką fanką przystawek – mając potem problem ze zjedzeniem głównego dania. Półmisek wędlin był smaczny. Pasztety zrobiły mniejsze wrażenie. Zepsuta Dzikim Tropem, pasztety kupuję tylko tam, nawet jeśli gdzie indziej robią je we własnym zakresie.

Carpaccio i tatar były dobre. Co prawda, opinie na ten temat się różnią, dodatków w carpaccio mogłoby być więcej (tak robię w domu :D), ale sprawiły przyjemność i wprawiły w dobry nastrój. Tatar był może nieco zbyt drobno posiekany, ale bardzo fajnie podany, z dużą ilością dodatków – wszystko osobno, by klient mógł sam skomponować ulubiony smak.

Mój kolejny pierwszy raz – ostrygi!

W czwartki i piątki lokal zawsze oferuje świeże mule i ostrygi. Już 22 lata temu Bazyliszek jako jeden z nielicznych sprowadzał takie frykasy do Warszawy, teraz można je zamówić w wielu lokalach. W każdym razie – jadłam i mi się podobało!

Oznacza to, że będę polowała na nie teraz na targu u Fishlovers by spróbować przyrządzić w domu.

Chyba nic specjalnego nie powiem na temat muli. Były świeże, w sosie z białego wina, natomiast ja w Warszawie po spróbowaniu muli w Brugii nie umiem się odnaleźć, nawet w zaciszu domowej kuchni.

Michał postawił tradycyjnie na argentyński stek.

Nie jestem znawcą steków – smakował nam bardziej niż w kilku bardziej wylansowanych restauracjach Warszawy. I był do niego dobry sos pieprzowy. A własna przyjemność jest tu głównym wyznacznikiem.

Deser był znakomity! Creme brulee!!!

Wiecie, że na hasło „creme brulee” przy wyszukiwaniu jednym z pierwszych jest „creme brulee kalorie”? Taka mała zbędna uwaga na marginesie ;)

Z tego co wiem, jest sporo promocji na piwo. Zresztą Bazyliszek tym słynie – wśród studentów i nie tylko. Na uroczyste okazje warto pamiętać też o winach – sprowadzanych z niewielkiej rodzinnej winnicy Dolle z Austrii.

I drinkach.

Jest sympatycznie, bez nadęcia, a ceny nie przerażają. Biorąc pod uwagę wielkość porcji, to w ogóle. Miła obsługa, piękny widok na Starówkę, przyjemny wieczór w cudownym towarzystwie :)

Wasze zdrowie!

Restauracja Bazyliszek
Rynek Starego Miasta 1/3
00-272 Warszawa

www.bazyliszek.waw.pl

Jeśli spodobał Ci się ten post i chcesz być na bieżąco, to po więcej informacji, inspiracji, ciekawostek zapraszamy na   Facebook, Instagram i Twitter - do zobaczenia!

...a może chcesz udostępnić ten wpis znajomym?
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

8 thoughts on “Warszawskie legendy – Bazyliszek”

  1. Cytrynka uważa, że:

    Wieczór w Bazyliszku zaliczam do udanych :) Piękne zdjęcia. Pozdrawiam

    1. Tati uważa, że:

      prawda :) i dziękujemy! pozdrawiam serdecznie

  2. Ewa Jermakowicz uważa, że:

    Ehhh, ja teraz jak widzę/czytam/słyszę słowo „Bazyliszek” to tylko z Bazyleą mi się kojarzy.

    1. Poszli-Pojechali uważa, że:

      :))) też chciałabym mieć takie skojarzenie. Ale masz u siebie genialny ser, czekoladę i wino!

  3. Spinki i Szpilki uważa, że:

    super! :) mój tekst będdie dziś;) Wasz – wiadomo, extra;)z

  4. Katarzyna Wrońska uważa, że:

    Przeczytałam z przyjemnością :-). Moja relacja jeszcze się pisze.. :-)

    1. Poszli-Pojechali uważa, że:

      dziękuję bardzo i czekam z kolei na Twoją :)

Dodaj komentarz

Więcej interesujących wpisów: