Alkohole świata – Słowacja: po co warto skoczyć na południe?

...a może chcesz udostępnić ten wpis znajomym?
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Dla większości osób z pokolenia urodzonego w pierwszej połowie lat 80., alkoholowe zakupy na Słowacji kojarzyć będzie się pewnie dość jednoznacznie. Na Słowację nie jeździło się specjalnie po jakieś wyjątkowe rarytasy – spędzając wakacje, bądź ferie w pobliżu południowej granicy Polski, obowiązkowym punktem programu była wycieczka do południowych sąsiadów, a jakże, po alkohol. Były to czasy, kiedy jakikolwiek lepszy, importowany alkohol był w Polsce zdecydowanie poza studenckim zasięgiem budżetowym, a polskich produktów smakowych, kolorowych po prostu nie było, albo smakowały podle.

Stąd też rajdy przygraniczne – alkohole słowackie były tanie i dobre, w sąsiadujących z przejściami granicznymi sklepikach można było płacić złotówkami (a nie koronami słowackimi), a płaciło się niewiele, w dodatku za naprawdę dobre, jak na tamte czasy piwko – Smadnyj Mnich, czy Kelt – w charakterystycznej butelce z „pałąkiem”. Oprócz piwa, królowały rozmaite destylaty słowackie, ze sławetnym Tuzemakiem na czele – rum ten był dość smaczny, choć oczywiście sztucznie aromatyzowany, niedrogi i poniewierał należycie. Prawdziwym jednak hitem były ówczesne ceny markowych alkoholi – Metaxa, Olmeca, Ballantines – ze studenckim budżetem, takie rarytasy piło się nawet w knajpach. A czasy to były takie, że byle jaki whiskacz w Polsce kosztował w przeliczeniu tyle, co dziś porządny single malt.

To wszytko działo się jeszcze przed wstąpieniem Polski i Słowacji do Unii Europejskiej – stąd też mowa o granicach. Wiązały się z owymi granicami dość zabawne historie – teoretycznie przewieźć można było tylko ściśle określoną ilość alkoholu. Choć zazwyczaj celnicy nie sprawdzali kursującej w tę i nazad młodzieży, to jeśli komuś plecak zbyt obcesowo pobrzękiwał, musiał liczyć się z kontrolą. Krążyło wówczas wiele opowieści o takich kursantach, którzy, przyłapani na „przemycie” woleli ponadlimitowy alkohol spożyć na miejscu, niż wyrzucić – jeśli było to jedno, czy dwa piwa – żaden problem, ale jeśli sprawa dotyczyła nadmiarowej butelki whisky, jegomość wracał z granicy nie koniecznie o własnych siłach.

Obecnie wszystko wygląda już zgoła inaczej. Słowacja wprowadziła Euro, a ceny mniej więcej się zrównały, czas najwyższy, by wybrać się do południowych sąsiadów, by popróbować lokalnych specjałów, rzeczy w Polsce po prostu niedostępnych. Czego zatem możemy spróbować na Słowacji?

Alkohole mocne

Dużo jest nalewek, ale w przeciwieństwie do niemieckich, nie są to słodkie, maksymalnie 30-procentowe kompociki, tylko naprawdę mocarne trunki. Słowakom udało się, ze znanej po obu stronach Tatr, „herbatki góralskiej”, uczynić lokalną markę – pod nazwą Tatra Tea. Możemy ten herbaciany trunek nabyć w kilku wersjach – od smakowych, o mocach od 22 do 42%, przez oryginał o mocy 52%, oraz wersję o smaku owoców leśnych (62%) oraz coś o nazwie Outlaw i mocy 72%. Tej ostatniej wersji nigdzie nie spotkałem i choć nie straszne mi mocne trunki, to obstawiam, że może być nieco zbyt spirytusowa. Przetestowaliśmy wersję podstawową i była naprawdę dobra – ja byłem w stanie spokojnie wypić kielonek, choć moc faktycznie czuć, Tatiana raczej widzi to faktycznie jako dodatek do herbaty. Wersja 62% zakupiona, czeka na zimę ;).

Oprócz tego, w wielu miejscach możemy spróbować miejscowych „przetworów” na bazie różnorakich owoców: Śliwowica, Borovička, Hruskovica, Horka Demianovka i dziesiątki innych, na miodzie, owocach leśnych – Słowacy, podobnie jak Polacy, miłują się w zalewaniu spirytusem wszystkiego, co popadnie, z całkiem dobrym efektem.

Co było sporym zaskoczeniem, to whisky – tak, Słowacy produkują całkiem przyjemną whisky, która zwie się Nestville – dostępna jest w słowackich supermarketach, w cenie około 14 Euro – nie jest to może konkurent do moich ulubionych irlandzkich whisky, ale naprawdę daje radę.

Wina

Większość zapewne zdaje sobie sprawę, iż w Czechach, Bułgarii, czy nawet na południu Polski produkuje się wina. Nie, nie chodzi mi tu o tak bardzo polskie „Uśmiechy Traktorzysty”, czy „Arizonę”, ale prawdziwe wina z winogron. No ale Słowacja? Otóż okazuje się, że robi się tu całkiem sporo wina.  W dodatku wina słowackie są bardzo smaczne: Rieslingi, Tokaje, Muskaty, słynna Frankovka, czy Muller Thurgau. Nie brakuje też klasycznych szczepów, jak Sauvignon, Piniot czy Chardonnay.

Przeciętnie, w supermarkecie da się kupić fajne wino w cenach od 3-4 do 10 Euro.

O tym, że słowackie winiarstwo rozwija się prężnie i zdobywa nagrody przekonaliśmy się podczas degustacji słowackich win – w trakcie Dni Otwartych Piwnic.

Piwa

Przez kilka dni, które na Słowacji spędziliśmy, zdarzyło się spróbować Saris’a oraz Pilsnera, no i niestety, Kelta. Piwa, które pamiętam, już nie ma – marka pozostała, jednak po prostu już nie smakuje. Żadne z tych piw nie było jednoznacznie złe, jednak kolejny raz okazuje się, że podniebienie rozpieszczone polskimi piwami rzemieślniczymi nie da się oszukać i piwa koncernowe już wrażenia nie robią. Po craftowe piwa słowackie pewnie trzeba by się udać do Bratysławy, o ile w ogóle moda na małe browary w tym kraju istnieje – jeśli ktoś próbował, prosimy o komentarz pod postem :).

Na zakończenie, tradycyjnie, kilka fotek ze sklepu z cenami alkoholi.

Jeśli spodobał Ci się ten post i chcesz być na bieżąco, to po więcej informacji, inspiracji, ciekawostek zapraszamy na   Facebook, Instagram i Twitter - do zobaczenia!

...a może chcesz udostępnić ten wpis znajomym?
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

6 thoughts on “Alkohole świata – Słowacja: po co warto skoczyć na południe?”

  1. Michał uważa, że:

    Przede wszystkim szkoda, że wciąż się crafty nie rozlały na południe, że wciąż koncerniaki dominują – w tej sytuacji, faktycznie, lepiej kontynuować tradycję słowackich wycieczek po piwo. No i… smak smakiem, ale i sentyment się budzi – mało które piwo smakowało mi tak, jak kolejno odpalany Smadnyj Mnich, Kelt, czy wreszcie Zlaty Bażant, popijane zaraz za przejściem granicznym, w knajpo-sklepie, razem z localsami, tuż pod kościołem tamtejszym. Było to jakieś 16 lat temu i dodam tylko, że powrót do Polski do łatwych nie należał ;).

  2. Mike uważa, że:

    Piwa sa potraktowane niesprawiedliwie. Ceny piw na Slowacji wciaz sa znacznie nizsze niz w Polsce (0,39 EUR za Mnicha w Lidlu, 0,60 EUR za 12% Saris w Tesco – na podstawie cen w Kiezmarku wczoraj). Piwa ich to owszem koncerniaki i te co oznaczja mianem „10%” (chyba jedyny kraj w ktorym procenty nie sa od alkoholu) sa slabiutkie, ale dwunastki juz sa jak nasze. Duzo piw poza szklanymi butelkami i puszkami tez sprzedaja w ochydnych plastikowych butelkach 1,5 litra. Niezbyt etstetyczne, ale jakosc piwa ta sama, a cena spada drastycznie (da sie zlapac za 0,80 EUR). A porownanie z polskimi koncerniakami? Niebo a ziemia. Przykladowo Saris, cena w marketach znacznie nizsza niz Tyskie (oba SABMiller). Smak znacznie lepszy niz Tyskie Gronie i niz Tyskie Klasyczne. W Szczawnicy czy nawet Zakopanem wciaz nie latwo o craft beer, sa glownie koncerniaki. Wystarczy przejechac granice i kawalek do pierwszej Bilii, Tesco czy Lidla, ktore to markety dominuja w miejscach kolo naszej granicy (bo sklepy przy samej granicy potrafia prosic o radosne 1,20 EUR za Sarisa :DD) i mozna naprawde sporo lepsze koncerniaki kupic za praktycznie polowe ceny polskich…

  3. poliszynelznienacek uważa, że:

    Najsmaczniejsze wino jakie piłem na Słowacji kupiłem od chłopa, który wlał mi ie do butelek PET we wsi Vinne nad zbiornikiem Zemplińskim. Ów akwen powoduje, że zimy w okolicy nie są aż tak ciężkie. Było to w 2 poł. lat 90., była jesień a góry pobliskiego Vychorlatu i cały świat należał do nas. Ech… To se ne vrati.

    1. Michał uważa, że:

      takie klimaty, to w Chorwacji – lokalni wytwórcy chętnie zbywają wina i mocniejsze przetwory, wystarczy znaleźć winogronowe siedlisko z tabliczką „Rakija” przy drodze :)

  4. Pepa uważa, że:

    Oj pamiętam czasy alkoturystyki do Czech i Słowacji. Co prawda miałam wtedy tyle lat że z alkoholi co najwyżej interesowały mnie anyżkowe żelki Haribo, ale pamiętam jak rodzice kupowali zgrzewki Kelta i jakiegoś whiskacza. Ja za takimi alkoholami nie przepadam, ale zainteresowało mnie bardzo słowackie wino! Nigdy nie piłam i jestem bardzo ciekawa tych smaków. Gdy będę w pobliżu, na pewno podegustuję to i owo i uzupełnię domową kolekcję!

    1. Tati uważa, że:

      Wina koniecznie! Ubolewamy straszliwie, że nie ma win słowackich w sklepach (w Krakowie podobno są, tylko bardziej w stronę Warszawy już nie ma). Fantastyczne! Niby znane szczepy, które wybieram zazwyczaj – ale z ciekawym posmakiem! Proszę robić większe zapasy, bo potem się żałuje, że kupiło się tylko parę butelek do domu :)

Dodaj komentarz

Więcej interesujących wpisów: