Lizbona – 3 dni na talerzach i w kieliszkach

Jeśli podoba Ci się ten wpis, udostępnij go:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Po trzech dniach w Lizbonie wcale nie czuję się ekspertem kuchni portugalskiej.  Z wielu powodów, oczywistych (bo nie uważam pisania przewodników po weekendzie w którymś kraju albo raczej przepisywania oczywistych oczywiśtości bez własnych doświadczeń za coś fajnego) i mniej – bo jak prawdziwi foodies i odkrywcy gastronomiczni wracaliśmy do tej samej restauracji, coraz pewniejszym krokiem, bo nam tam atmosfera i ludzie się podobali…

Do Portugalii myślę, zawitamy jeszcze nie raz, z większą wiedzą, przygotowani w odróżnieniu od tego wyjazdu. Podobało mi się tam tak bardzo, że chcę o tym kraju i jego kuchni dowiedzieć się wszystkiego, absolutnie wszystkiego!

Poniżej słów kilka o wrażeniach kulinarno-smakowych z miasta, które skradło moje serce. Bez tego klimatu Lizbona dla mnie po prostu nie byłaby Lizboną :) Bo uliczki i czerwone dachy to nie wszystko, klimat tworzą nie tylko kolory, dla mnie w dużym stopniu – jednak ludzie, smaki, zapachy.

Kawiarnie i restauracje w Lizbonie

…a właściwie ludzie tam pracujący lub napotkani przy stolikach. Marek z Agua de Coco, z którym spędziliśmy przefantastyczny wieczór, gadając przede wszystkim o Lizbonie, sporo opowiadał (z racji naszego zainteresowania) o kuchni portugalskiej, knajpach i obyczajach, jak bardzo szanowani są ludzie prowadzący restauracje od lat, rodzinnie. Tam toczy się życie, kulinarne i towarzyskie, tam się wpada na kawę, by wymienić się wiadomościami i troskami dzisiejszego dnia. Wpada się też rano, na kawę przed pracą, tu też przychodzi się wieczorem odpocząć.

Pierwszy wieczór w Lizbonie – Jaguar

Jesteśmy zmęczeni i głodni. Nie licząc kanapki przed samolotem, śniadanie było lata świetlne temu. Rzucamy swoje rzeczy w hostelu, którego jedynym wielkim plusem była lokalizacja (oraz historyczna winda, w którą czasem powątpiewałam) i ruszamy na rozeznanie okolicy. Prawo, lewo – nie ma znaczenia. Pinezka na Here do hostelu przypięta – i zagłębiamy się w uliczki. Godzina na obiad nie najlepsza – jest przed 18, większość restauracji zamknięta i dopiero przygotowuje się do wieczornego otwarcia drzwi po lunchu.

W jednej z nich Pan, zauważywszy nas pogrążonych w menu przez szybę, otwiera i zaprasza machnięciem ręki do lokalu.

Lizbona, Portugalia

Witryny restauracji lizbońskich

Jak się potem okazuje – trafiliśmy całkiem dobrze. Jaguar nawet ma wino z własną naklejką oraz dwóch przesympatycznych panów w poważnym wieku, niespiesznie poruszających się po lokalu. Nie mówią po angielsku i są zrozpaczeni, że nie mogą nam pomóc. Gestykulują tak mocno, że decydujemy się usiąść. Trochę na czuja, trochę dostosowując nasz mocno skąpy zapas hiszpańsko-włoskich słówek (uczcie się języków!), tykamy w jakieś nazwy dań, mając pewność tylko przy zamówieniu wina. Dzięki temu nasz stół nagle zapełnia się talerzami.

Sopa Alentejana - Jaguar, Lizbona, Portugalia

Sopa Alentejana

Sopa de pure de feijao c/hortalica - Jaguar, Lizbona, Portugalia

Sopa de pure de feijao c/hortalica

W międzyczasie obsługa restauracji siada w sąsiedniej sali do wspólnego stołu z posiłkiem dla wszystkich przed kolejnym pracowitym wieczorem.

W połowie obiadu już świetnie dogadujemy się z Panem – okejkami z palców, porozumiewawczo pokazując oczami na talerze, oraz olśniewającymi uśmiechami.

Jaguar, Lizbona, Portugalia

Pan jest z nas i z siebie zadowolony. My prosimy o rachunek, płacimy. Pan podmiguje i dwuznacznym gestem proponuje kolejną karafkę. Wahamy się, przypominając sobie stan naszych finansów i przeliczając, jak długo pociągniemy, jeśli będziemy mieli takie flow. Dobra, chwilę tylko się wahamy. Na powtórną propozycję migową Pana kiwamy twierdząco. Pan jest jeszcze bardziej zadowolony z sytuacji i wlewa nam wina do karafki z butli pod ladą. I do kieliszeka dla siebie. Free of charge. Pozdrawiamy siebie nawzajem, ściskamy ręce i prawie się przytulamy, bo nie mogę wyczuć, czy wypada. Ze wzruszenia uśmiech zawiązuję z tyłu w kokardkę na głowie i ruszamy w miasto. Wieczorne ulice czarują.

Jaguar, Avenida Conde de Valbom, 87, Praça de Espanha, Lisboa

Cukiernia

Gdzie jeszcze mogłabym zawędrować pierwszego wieczoru tuż po sutym obiedzie. Witryny niezbyt zachęcają, bo nie widzę tam wystarczająco czekoladowych rzeczy, ale ciągnę Michała do środka z ciekawości.

Cukiernia w Lizbonie - Lizbona, Portugalia

Juhu! – słodkie wypieki, kawa, wino, whiskey, koniaki. No nie da się tego uśmiechu poszerzyć jeszcze bardziej.

Cukiernia w Lizbonie - Lizbona, Portugalia

Za ladą ojciec i syn, bo podobieństwo uderzające. Ojciec na oko ma z 70? 80 lat? Porusza się powoli, z trudem, ale syn czeka na polecenia i się nie miesza.

Przed nami Pan zamawia koniak i babeczkę. Jak tam było – jak trafisz między wrony, krakaj jak one? :D Starszy pan wygrzebuje dla mnie resztki angielskiego i próbuje tłumaczyć, co jest czym, przez dłuższą chwilę zastanawiając się nad każdym słowem.

Cukiernia w Lizbonie - Lizbona, Portugalia

Niespieszne ruchy, precyzyjne ułożenie ciastka na talerzyk, uśmiech, odłożenie tacy z ciastkami na miejsce, znowu uśmiech, czekanie na moje dalsze decyzje, co do ekstra kalorii. Idziemy za przykładem Pana kupującego przed nami, i powtarzamy zestaw. Wychodzimy rozanieleni na zewnątrz, mocno zwalniając krok. Wszystko w środku mnie tańczy. Podskakuję na światłach, zapominając o zmęczeniu.

A Provinciana

Niezbyt duża knajpka w samym centrum Lizbony, schowana od turystów w bocznej uliczce, którzy nigdy nie skręcają trzymając się głównych tras.

A Provinciana - Lizbona, Portugalia

Właśnie tu usiedliśmy z Markiem z Agua de Coco na małe conieco, na kilka godzin. Ceny dań (około 5-7 EUR) oraz wina (2 EUR za butelkę) rozwalały, tak samo jak wielkość porcji. Ale nie to w sumie było ważne. Restauracja tradycyjnie prowadzona przez rodzinę. Mama gotuje, papa nalewa alkohol, córka obsługuje klientów.

A Provinciana - Lizbona, Portugalia

Pojawiliśmy się tu wystarczająco często, by właściciel, przechodząc obok nas ostatniego dnia na ulicy, serdecznie się uśmiechnął i ukłonił się w ramach powitania, a jego córka pomagała nam robić zdjęcia kolejnych potraw, doradzając co z czym powinno znaleźć się na zdjęciu oraz czego jeszcze powinnam spróbować z kuchni portugalskiej. Jeszcze nie wie, jak mamy na imię, ale dzięki niej czuję się prawie tak samo, jak panowie w sędziwym wieku obok, obalający butelkę wina za butelką, hałasujący i, z intonacji konwersacji pomiędzy nimi a kelnerką wnioskuję, przychodzący tu regularnie, w sprawach ważnych i błahych.

To tu, ja – zagorzała czekoladoholiczka, za jej namową spróbowałam ciasta pomarańczowego, po długiej wewnętrznej walce ze sobą – spróbować owocowy deser czy mus czekoladowy. Rewelacja! i zamówię go ponownie jak tylko tam znowu się pojawię.

A Provinciana - Lizbona, Portugalia

Ciasto pomarańczowe

Wytaczaliśmy się codziennie przejedzeni i przepełnieni euforią. Kocham kuchnię portugalską od pierwszego kęsa. I prawie uścisnęłam Panią córkę na pożegnanie, bo znów nie byłam pewna, czy wypada. Pani chyba było miło i zapraszała nas jeszcze – skorzystamy na pewno!

A Provinciana, Travessa do Forno, 23/25,Rossio, Lisboa

Gdzieś na Alfamie

Dzień któryś tam. Krążymy po uliczkach, szukając tych bocznych, w których tłum znika albo mocno się rozrzedza (są takie!). Zaczyna się ściemniać. Zachodzące słońce barwi ściany, chowa kolory i sprawia, że serce bije nierówno, zachłystując się co chwilę emocjami. Zauważamy knajpkę. Kawiarnia? Osiedlowa knajpka? Rząd butelek z winem i napojami oraz dość skąpy wybór ciastek, mocno nadszarpniętych czasem. Za ladą Pani, uśmiechnięta i pogodna, niosąca na plecach chyba z 80 lat. Ledwo przestawia nogi i jest przepełniona gotowością, by znaleźć dla nas wino, które wskazaliśmy z pytaniem, czy nie byłoby takiego z lodówki (na migi!). Kilka razy porywam się, by jej pomóc. W końcu postanawiamy usiąść i nie przeszkadzać, obserwując powolne ruchy, precyzyjne otwieranie butelki, uśmiech, ustawianie szklaneczek na tacy i życzenie nam miłego wieczoru, wracając za ladę.

Alfama, Lizbona, Portugalia

W międzyczasie do środka co chwila ktoś wpada. Pani obładowana z zakupami – szybka kawa, kilka minut wymiany newsów jak z karabinu i leci dalej. Pan o coś pytający i wychodzący bez zakupu. Znowu ktoś na małą czarną. Trochę czujemy się tak, jakbyśmy przypadkowo weszli komuś do domu i siedzimy, pijemy w kąciku wino, póki nikt na nas specjalnie nie zwraca uwagi, by spytać, kim jesteśmy i co tu robimy.

Kawa po portugalsku

Coś, czego nie jestem w stanie sobie odmówić. W Lizbonie jest doskonała. W wielu odsłonach, zawsze smakuje wyśmienicie.

Kawa w Lizbonie - Lizbona, Portugalia

Jakimś cudem mam tylko jedno zdjęcie kawy w zalanej nią filiżance, mimo że wypiłam je dziesiątki :)

Kto odmowi rozpoczęcia dnia od filiżanki doskonałego espresso? Przepraszam, um cafe. Albo dwóch. Bo czasem, tracąc ten smak gęstego aromatycznego płynu na języku, muszę sobie poprawić natychmiast kolejną. Albo wejść do następnej kawiarni, których w mieście nie brakuje.

Lizbona, Portugalia

Kiedyś wydawało mi się, że 1,00-1,50 EUR we Włoszech za espresso to mało. Mało to było w Lizbonie, gdzie w miejscach mniej turystycznych płaci się za filiżankę 0,50-0,60 EUR. Cena od i powyżej 0,80 EUR zwiastuje mocno turystyczny lokal, ukierunkowany na turystów i zarobek.

Pasteis de Belem - Belem, Lizbona, Portugalia

Pasteis de Belem – tu kawa droga :)

Rano, z babeczką w ramach śniadania, po obiedzie, tak po prostu, do gazety, do obserwacji na ulicy, by poprawić humor i ciśnienie. Właściwie nie trzeba specjalnie szukać powodu, by usiąść i zamówić jeszcze jedną filiżankę.

Pasteis de Nata

No właśnie. Skoro mowa o babeczkach, to najlepsze są w Belem – w cukierni Pasteis de Belem. W ciągu tych kilku dni lepszych nie jadłam, mimo że to jedno z najbardziej turystycznych miejsc, w których byłam. Nie tylko w Lizbonie.

Pasteis de Belem - Belem, Lizbona, Portugalia

Pasteis de Belem

Trudno przejść obok, bo zagęszczenie ludzi wylewających się z cukierni, trzymających białe, papierowe torebki z niebieskim napisem zwiększa się znacząco w okolicach cukierni – sama ciekawość prowadzi wprost do miejsca. Pasteis de Belem - Belem, Lizbona, PortugaliaPraktycznie zawsze stoi kolejka do ciastek na wynos.

Pasteis de Belem - Belem, Lizbona, Portugalia

Pasteis de Belem

Pastel de nata, bo o nich mowa to tartaletki z jajecznym kremem. Proste w zrobieniu, przepis znany od lat. Cukiernia wyrabia ręcznie tysiące tartaletek wg znalezionego historycznego przepisu od 1837 roku. Śmiem tu stwierdzić, wraz z milionami innych zadowolonych klientów, że faktycznie jest w tych ciastkach jakaś tajemnica. Bo w ciągu tych kilku dni jadłam je w każdym lokalu, w którym kupiliśmy kawę, więc porównanie miałam.

Jeszcze gorące, z pakiecikami cynamonu i cukru pudru, żeby nawet na ulicy zaserwować sobie ją na najwyższym poziomie przyjemności. Dieta kwiczała, a serce prosiło o więcej.

Oprócz tego, lokal robi całą masę innych słodkości oraz innych wypiekanych pyszności z mięsem i warzywami. Skąd wiem? Bo wróciliśmy tam na śniadanie ostatniego dnia – jeden z naszych genialnych pomysłów, jechać przez pół miasta 40 minut, by jeszcze raz zjeść pastel de nata. I to nie ja zaproponowałam, tylko Michał, który nie jada słodyczy ;) Muszą być naprawdę dobre.

Wyobraźcie sobie gigantyczną kawiarnię z przemiałem turystów, poziomu którego nawet nie podejmuję się oszacować. Z ulicy widać tylko jedną małą salkę otwartą na zewnątrz, ale w poszukiwaniu wolnego stolika przeszliśmy praktycznie wszystkie sale…robi wrażenie.

Pasteis de Belem - Belem, Lizbona, Portugalia

Pasteis de Belem

Śmiem twierdzić, że ilość selfie i foodpornu na minutę jest tu większa, niż pod jakimkolwiek pomnikiem w Lizbonie. Wszędzie niewyobrażalny hałas, mocno niwelujący przyjemność. Bez względu na ilość turystów, kelnerzy naprawdę sprawnie obsługują wszystkie stoliki, czas oczekiwania jest naprawdę krótki i mają siły na uśmiechy. Niech będą wyuczone, bo zamawiam i płacę, ale są.

Zajrzeliśmy przez okno do części produkcyjnej, gdzie kilka osób sprawnie układało na tacy tartaletki i zabierało się za kolejną porcję.

Pasteis de Belem - Belem, Lizbona, Portugalia

Pasteis de Belem

Wyuczone latami ruchy, żadnych zbędnych gestów, szybko, szybko, szybko by nakarmić rzeszę zachwyconych turystów z całego świata. Renoma obowiązuje :)

Pasteis de Belem, Rua de Belém nº 84 a 92, 1300 – 085 Lisboa

A Ginjinha

Mały lokal przy placu Rossio, serwujący portugalską wiśniówkę. Nie ma tam nic oprócz jednakowych butelek, napełnionych nalewką z wiśniami.

A Ginjinha - Lizbona, Portugalia

Pan pewnym ruchem leje do kieliszka, odmierzając każdemu po dwie wiśienki.

A Ginjinha - Lizbona, Portugalia

Oprócz nas, smakujących po łyku w portugalskim słońcu, stoją – na oko – bywalcy. Panowie znają się dobrze (albo są skorzy do rozmów z osobami w kolejce – tak też może być). Przy kieliszeczku toczą dysputy i wymieniają się wiadomościami. Żałuję bardzo, że nie rozumiem ani słowa, by chociaż przez urywki słów zrozumieć, o czym tak żywiołowo sobie opowiadają.

Dosłownie kilka kroków dalej jest wieczorny bar z tą samą nalewką, gdzie jest już znacznie więcej grup turystycznych oraz zwiększa się drastycznie ilość pitych kieliszków. Nalewka tak samo dobra, Pan tak samo ma wytrenowane oko na 2 wisienki na kieliszek niezależnie od godziny, o której to robi.

Próbowałam wiśniówki w czekoladowych filiżankach.

Ginja w filiżance czekoladowej - Alfama, Lizbona, Portugalia

Nie pytajcie, dlaczego dmucham na filiżankę z zimną wiśniówką :D

To nie jest to! Mimo że pięknie wygląda.

Ginja w czekoladowej filiżance - Alfama, Lizbona, Portugalia

Tylko uważajcie na wisienki, bo kręcą w głowie jak nie powiem kto ;)

A Ginjinha, Largo de São Domingos 8, 1150-000 Lizbona

Ginjinha Sem Rival, R. Portas de Sto. Antão, 7, 1150-264 Lizbona

Kasztany

W listopadzie Lizbona otula się dymem i zapachem pieczonych kasztanów. Wielkie piece na wózkach rozstawione na wielu skrzyżowaniach ruchliwych ulic oraz na placach.

Pieczone kasztany - Lizbona, Portugalia

Sprzedawcy obdarowują spieszących się przechodniów rożkiem parzącym ręce i podsypują kolejną porcję do pieczenia.

Nooo to jemy! Aparat na ramię, wdychamy aromat parującego dymu i pałaszujemy. Lekko brudne ręce po węglu na łupinkach, szczęśliwe mordki.

Co ciekawe, podczas 11 listopada – Świętego Marcina, swięta, które również świętują w Portugalii, tradycją jest jeść kasztany z jeropigą (słodkie wzmocnione wino).

Kasztany i jeropiga - A Provinciana, Lizbona, Portugalia

Pycha! Pasują do siebie idealnie!

Wino na ulicy

And last but not the least! Absolutnie przeurocze budko-kioski, zazwyczaj ciemno-zielonego koloru – na placach, placykach, przy wysepkach wolnej przestrzeni przy punktach widokowych. Kilka stoliczków, a to co najlepsze kryje się w środku.

Miradouro da Graca - Lizbona, Portugalia

Odrzucam z góry wszystkie oskarżenia o błędy popełniane przez turystów w mieście. Wiem, że sangria to napój typowo turystyczny, nie widziałam z jakiej butelki nalewali wino białe lub czerwone, by rozwodzić się nad szczepami i oceniać wino, a porto i madera mogły nie być wysokich lotów.

Alfama, Lizbona, Portugalia

Co z tego? W ciepłym słońcu, z widokiem na czerwony dachy (czasem Tag) lub plac ze spacerującymi uśmiechniętymi ludźmi, smakowały W Y Ś M I E N I C I E! Żadne wino kolekcjonerskie nie smakowało jak to! ;)

Lizbona, Portugalia

Porto

Lizbona, Portugalia

Porto

Targ Mercado da Ribeira

To chyba jedyne miejsce, z którego wyszliśmy rozczarowani. Nie nie, wszystko tam było w porządku.

Mercado da Ribeira - Lizbona, Portugalia

Piękny przedsionek wyłożony azulejos, przestrony i obszerny. Cześć z warzywami, owocami, rybami tak jak trzeba – gwarnie (mimo że byliśmy pod koniec),

Mercado da Ribeira - Lizbona, Portugalia

rybki błyszczą brzuchami tak, że portfel sam się otwiera w kieszeni,

Mercado da Ribeira - Lizbona, Portugalia

góry pomarańczy, warzyw (niektóre widziałam po raz pierwszy w życiu nie znając ich nazwy ani po polsku, ani po angielsku). Cześć gastronomiczna – różnorodna, zatłoczona, pachnąca iiiii…bez klimatu jak dla nas.

Mercado da Ribeira - Lizbona, Portugalia

Mercado da Ribeira - Lizbona, Portugalia

Megadroga w porównaniu z restauracjami w mieście, serwującymi dania normalnego rozmiaru, nie tapasowe, i tym bardziej z targami, w których zakochałam się w Madrycie.

Mercado da Ribeira - Lizbona, Portugalia

Było ładnie, poprawnie, dla turystów (takie mam wrażenie), drogo – hipstersko, jakby określili „u nas w Warszawie”. Dlatego kupiłam tam tylko jedną rzecz, której nie odmawiam sobie nigdy i nigdzie – gdziekolwiek widzę. Tak, ostrygi! :)

Mercado da Ribeira - Lizbona, Portugalia

Na talerzach zabłysły…

Ryby i owoce morza

Podstawą kuchni portugalskiej, wszystkim bardzo dobrze znaną, jest rzecz jasna bacalhau – solony dorsz, przygotowywany na wiele sposobów. Przyznam szczerze, nasz pierwszy i jedyny raz na tym wyjeździe nie był  zbytnio udany i zamierzam poszukać kolejnych polecanych lokali z tym daniem (nie zrażam się i nie poddaję!). Nie do końca rozmoczony (mam nadzieję!) bacalhau z cieciorką posypaną czerwoną cebulą i ziemniakami nie był wymarzonym posiłkiem na podsumowanie wyjazdu.

Alfama, Lizbona, Portugalia

Oczywiście, świeże ryby i owoce morza, łącznie ze sławetnymi sardynkami, które jadłam na lunch i obiad.

Lizbona, Portugalia

Porcje małe nie są, bo zawsze na mój talerz lądowały 2 ryby (sardynek znacznie więcej), natomiast przyjemność z dopiero co usmażonej ryby jest ogromna. Nadrobiłam zaległości na co najmniej kilka miesięcy.

Lizbona, Portugalia

Mięso

Portugalczycy jedzą też sporo mięsa. Najbardziej smakowało nam nieoczekiwane (dla nas, nigdy tak nie jadłam) połączenie z małżami (vongole) – Carne de porco à alentejana.

Carne de porco à alentejana, A Provinciana - Lizbona, Portugalia

Nadal pamiętam ten smak (w końcu prawie cały sos wyjadłam Michałowi z talerza).

Pokonało nas Cozido à Portuguesa – takie coś w rodzaju polskiego bigosu. Kilka rodzajów mięs (wołowina, kurczak, golonka, żeberka), kiełbasy (kaszanka była obłędna!), w tym żydowska, kurczakowa, fasola, kapusta, ziemniaki.

Cozido à Portuguesa - Lizbona, Portugalia

Szkoda, że nie widzieliście wyrazu twarzy Japonki, która razem z nami to zamówiła. Zalewaliśmy to winem w trwającym bezdechu, bo na nic innego nie pozostało miejsca.

Skoro mowa o ziemniakach, to one są obecne praktycznie w każdym daniu. Niemal wszystkie dania podawane były w wariacjach z ryżem i ziemniaczkami, z frytkami, z ziemniakami gotowanymi i zieleniną, z fasolą i ziemniakami. Raj na skrytożerców ziemniaków :D

Agnieszka z Całe życie w podróży zebrała całą masę restauracji, kawiarni i innych lokali, które ona i inne blogi piszące o Portugalii polecają. Co tu dużo mówić, gastronomia w Lizbonie jest mocno rozwinięta i głodnym nikt chodził nie będzie. Najważniejsze, to przyspieszać krok przy lokalach z dużymi szyldami „Kuchnia Portugalska” – bo tam raczej czeka na was turystyczna pożywka i zwracać uwagę na ludzi, pewnie skręcających w boczne uliczki i wchodzących do niepozornie wyglądających lokalików. Tam będzie najlepsze jedzenie!

Byłam tak szczęśliwa gastronomicznie w Lizbonie, że obiecałam sobie nauczyć się tych wszystkich dań (będą przepisy!), podzielić się tu oraz dopisałam kuchnię portugalską do moich ulubionych. A to coś znaczy :)

Wspominałam już, że zakochałam się w Lizbonie na zabój?

Alfama, Lizbona, Portugalia

Wasze zdrowie!


Jeśli podoba Ci się ten wpis, udostępnij go:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Skomentuj

27 thoughts on “Lizbona – 3 dni na talerzach i w kieliszkach”

  1. kamilanapora says:

    ja mam trochę problem z portugalską kuchnią, bo fanaberie wegetariańskie, ale w Lizbonie byłam w jednej z lepszych restauracji wegetariańskich w jakich kiedykolwiek byłam i nie wyszłam, a wytoczyłam się stamtąd ;) no i te ich słodycze! chociaż tymi najsłynniejszymi z Belem jestem odrobinę rozczarowana, musze przyznać

  2. Monika says:

    Pasteis de Belem jadłam i zamierzam za Media zjeść ponownie :)
    I zapiszę sobie na wszelki wypadek te kilka adresów… :)

  3. Epepa says:

    Skosztowałabym tamtejszego winka, a te specjały z cukierni.. aż ślinka cieknie!

  4. Połącz Kropki says:

    Pasteis de Belem – byłam, polecam, nawet się nie spodziewałam, że mają tam takie cuda:)

  5. Magda says:

    Omnomnomnom! Mam cichą nadzieję na powrót do Portugalii w tym roku, ale nie wiem jeszcze, czy się uda. W Lizbonie jeszcze nie byłam, a po tym co właśnie tu przeczytałam zrobiłam się głodna :D I przypomniał mi się klimat z Porto – tam kupowaliśmy jakieś wino/nalewkę, nie pamiętam, co to było – w takim małych buteleczkach, które opróżniało się z gwinta ;)

  6. Evi says:

    Ginjinha, sardynki, bifana oraz wszystko z pastelerias ach Lizbona! Kulinarne uniesienie, w dodatku za grosze! :)

  7. Hanna says:

    wiśniówka… w czekoladowych… filiżankach…
    umarłam.

    dlaczego zawsze jak wchodzę na Wasz blog to sprawiacie, że potem muszę całą tą cieknącą ślinkę ścierać z klawiatury?! ;)

  8. aegeantraveler says:

    Dzięki za sprawienie, że zrobiłem się głodny :) super opis, ale przyznam, że ja jadłem najlepszą Bifanę właśnie na Mercado da ribeira :P z drugiej strony dobrze, że każdy z nas ma swój gust i smak, właśnie dlatego podróże są takie fajne :))))

    1. Tati says:

      :D Zawsze proszę! Zapraszam po więcej ;) Na Mercado da Ribeira jedzenie jest dobre i tego im nikt nie zabierze. Nie pasował nam klimat, jakoś tak po Madrycie nie znaleźliśmy tam takiej atmosfery i duszy, trudno nawet ubrać to uczucie w słowa :) I nawet to jest mocno subiektywne – kto w jakich miejscach się odnajduje i gdzie chce wracać – dobrze to ująłeś, każdy ma swój gust i smak :) Pozdrawiamy serdecznie!

      1. aegeantraveler says:

        Jutro postaram sie poczytać wiecej :) ja tam byłem rano moze dlatego inaczej odbieram to miejsce. zapraszam tez do siebie :)

  9. AguaDeCoco.pl says:

    No i to jest wpis-kwitesencja Lizbony :). Bardzo się cieszę, że mogłem Wam pokazać choć skrawek tego cudownego miasta. Prawda jest taka, że prawdziwa Portugalia czeka poza stolicą, w małych miasteczkach ukrytych wśród lasów eukaliptusowych i wioskach z jednym kościołem i siedmioma kawiarniami :).

    Następnym razem zabierzemy Was i tam! To kiedy przylatujecie :) ?

    A to co teraz czujecie, i będziecie już czuć do końca Waszych dni – to właśnie saudade!

    Pozdrawiam!
    Marek

    1. Tati says:

      Właśnie taki jest plan!!! Aczkolwiek pewnie znowu będziemy rozdarci, bo z Lizbony zobaczyliśmy tylko trochę:) więc będziemy wracać i wracać. Biletów jeszcze nie ma, ale pilnujemy promocji:) Czytam teraz sporo książek o Portugalii, w których, oczywiście, przewija się kuchnia i ogromny nacisk kładzie się właśnie na tradycje z takich małych miasteczek. Ach, tak – saudade nie do wykorzenienia :))) pozdrawiamy serdecznie!

  10. łukasz kędzierski - podróże i fotografia says:

    „Mama gotuje, papa nalewa alkohol, córka obsługuje klientów.” to jest chyba kwintesencja miejsc których zawsze szukam, jeżeli chcę dobrze zjeść. Do tego nie wiem jak w Portugalii, ale w hiszpańskiej Asturii szuka się lokalu, gdzie jest najbrudniej na ziemi, bo wszystkie śmieci lądują na niej. A jak jest dużo, to oznacza. że wielu tu jego dnia jadło :).

    Jak tylko w końcu pojawimy się w Lizbonie to skorzystamy z porad.

  11. bretonissime says:

    Fantastyczny wpis! Czułam się, jakbym chodziła z Wami po tych knajpach – świetnie napisane, brawo!

  12. sto historii says:

    O matko, jakie pyszności!!! Nie powinnam była czytać tego wpisu z pustym żołądkiem i niewiele pełniejszą lodówką :( Mnóstwo świetnych miejsc polecasz, te ryyyby i desery <3 Bardzo bym chciała żeby w Polsce taka kultura przychodzenia do małych knajpek się rozwinęła, ale mam wrażenie, że i tak się coraz bardziej rozkręcamy :) Ale do Lizbony nam na pewno jeszcze daleko!
    Swoją drogą Portugalia zawsze wydawała mi się pięknym krajem, jakoś tak mniej skomercjalizowanym niż inne i po powrocie do Europy chyba trzeba będzie tam w końcu zawitać :)

  13. Romantic Vagabonds says:

    Jedno jest pewne można zgłodnieć od czytania (i oglądania zdjęć). :) Będąc w temacie około „kuchniowym”, zabawne jest to że w Portugalczycy muszą uwielbiać zupy, gdyż nawet w MCdonalds je podają co na tle z innych krajów wydaję się wręcz niesamowite :)

  14. Mucha w sieci says:

    I takie posty lubię najbardziej, a w podróży też zawsze szukam dobrego, lokalnego jedzenia :) I właśnie dlatego z ostatniego wyjazdu wróciłam o 3 kg cięższa, a bo tutaj deserek taki dobry, a może by zupki spróbować, a na koniec jeszcze jakiś nietypowy kebab. Tak to mniej więcej wyglądało :)
    Zazdroszcze tej uczty :)

    1. Tati says:

      Są to koszta, które ponoszą odkrywcy ;) no bo jak nie spróbujesz, to jak możesz stwierdzić, czy to jest dobre czy nie? :D

  15. Ewa says:

    Tati, Tati, przeczytałam właśnie wpis w całości i narobiłaś mi smaka!!! Bacalhau nie zawsze lubię, ale moim ulubionym sposobem przyrządzania go jest a bras – to taka jakby jajecznica z poszatkowaną rybą, cebulą i ziemniakami pociętymi w drobne słupki. Pycha! Za pasteis de belem dałabym się pokroić a co do kawy… no cóż, kawoszem nie jestem, a portugalskie galao to jedyna kawa, którą do tej pory piłam w miarę regularnie :)

  16. AnnRK says:

    Nie mogę się już doczekać wyjazdu! A teraz nie tylko nie mogę się doczekać, ale też jestem głodna. :P

    1. Tati says:

      Domyślam się! Też czekałabym niecierpliwie i zakreślała dni w kalendarzu. I już zazdroszczę tych wszystkich pyszności ;)

  17. nakreceni.in says:

    W Portugalii bardzo się nam właśnie podobna, że w większości knajpek obsługa jest, jak to nazwaliście, w „poważnym wieku”. Atmosfera jest wyjątkowa i od razu sprawiają wrażenie pasjonatów swojej pracy – zwłaszcza jak jest to sam właściciel.

    1. Tati says:

      Prawda? Natychmiastowo czujesz się jakbyś przyszedł do takiej dalszej rodziny na obiad :)

  18. Poradnik Turystycznego Myślenia says:

    Mnn przepyszny wpis! Od razu mi się przypomniała moja kulinarna przygoda w Portugalii i zapragnęłam wrócić na Pasteis de Belem do Lizbony – najlepsze ciastka/babeczki jakie jadłam w życiu! <3
    Bardzo fajnie mi się czytało post, bo sama akurat przygotowuję serię wpisów o Portugalii na swój blog, więc temat jest dla mnie "na czasie". Niestety czytając doszłam też do smutnej konkluzji – byłam w Lizbonie za krótko! Janie miałam niestety czasu, żeby spróbować tyle wspaniałych portugalskich dań co Wy… może jeszcze kiedyś?
    Pozdrowienia!

    1. Tati says:

      Koniecznie! My osobiście nie mamy wątpliwości, że wrócimy po więcej! :)

  19. wiola.starczewska says:

    Sardynki i dorady, oh, jak ja tęsknię! Hej, możemy kupić bacalhau w Biedronce i przygotować, zapraszam do mnie!

    1. Tati says:

      No pewnie! Z ogromną przyjemnością!!!!

Dodaj komentarz

Loading Facebook Comments ...

Więcej interesujących wpisów: