Hampi

9 min. czytania
0
0

Już na etapie planowania wyjazdu założyliśmy sobie, że oprócz plażowania i leniuchowania w słońcu ruszymy na “spotkanie z historią”, a trudno chyba o ciekawsze miejsce w tej kategorii w południowych Indiach, niż stolica starożytnego imperium – Hampi.

Allepay i Hospet – najbliższy Hampi węzeł komunikacyjny dzieli kilkaset kilometrów, co przy indyjskich drogach i leniwej kolei oznaczałoby jakieś dwa dni w drodze, dlatego też najdłuższy możliwy odcinek postanowiliśmy pokonać samolotem. Zarezerwowany wcześniej lot z Kochi do Bangalore znacznie skrócił nam drogę.

Wizyta w Fort Kochin i spacer wybrzeżem ze słynnymi chińskimi sieciami rybackimi, nocleg w hałaśliwym pokoiku, dzielonym z jakąś setką komarów (mimo moskitiery), z rana przejazd w korkach na lotnisko, 45 minut lotu, godzina drogi z lotniska i jesteśmy w jądrze chaosu, zwanym także głównym dworcem autobusowym w Bangalore. Wizyta w okienku z rezerwacją autobusów, wybór między sleeper a non-sleeper bus (tak, jest coś takiego jak sypialny autobus, ale nie wygląda zbyt zachęcająco), jeszcze tylko pyszny obiad w okołodworcowej jadłodajni i ruszamy w nocną trasę potencjalnie najbardziej niebezpiecznym i najbardziej odradzanym środkiem transportu.

W Hospet lądujemy po jakiś 8 godzinach, w środku nocy. Na szczęście znajduje się jeden tuk-tuk, który podrzuca nas do oddalonego o pół godziny Hampi. O poranku, gdy zyskujemy pełny obraz miasteczka, przychodzi pierwsze zaskoczenie. Pośród rozrzuconych w promieniu kilku kilometrów riun starożytnych pałaców, wyrosło miasteczko, wyglądające trochę jak na prędce sklecone – bardziej to slums, niż kurort. Malutkie guesthouse’y, knajpki na dachach, kręcące się po uliczkach, brudne krowy.

Jako, że poszczególne kompleksy dzielą spore odległości, niekiedy pod górkę, na zwiedzanie na piechotę można sobie pozwolić tyko wtedy, gdy ma się naprawdę dużo czasu, a nie z trudem uzbierane, niecałe 3 tygodnie urlopu. Pozostaje wybór – rower, motocykl lub tuk-tuk. Wybraliśmy opcję ostatnią – droższą, ale zapewniającą pełny objazd po najważniejszych lokalizacjach w około 5 – 6 godzin, za 1000 Rs.. Kierowca podwozi pod obiekt, rzuca dwa zdania na temat danego miejsca i pozwala spokojnie eksplorować tysiącletnie mury.

Warto zaznaczyć, że w samym Hampi należy się nastawić raczej na uciechy duchowo widokowe, jako że serwowana jest wyłącznie kuchnia wege, a o piwie należy zapomnieć.

Druga uwaga, znacznie ważniejsza i znacznie bardziej ogólna – w całych Indiach należy się wystrzegać tzw. biur informacji turystycznej, są to de facto agencje turystyczne, proponujące wyłącznie drogie i umówione noclegi oraz pobierające srogie prowizje za rezerwację czegokolwiek. Żeby zaoszczędzić czasu, zarezerwowaliśmy pociąg z Hospet, na dzień następny, w takim właśnie biurze. Miły właścicel skołował nas tak, że za najtańsze miejsca “last minute” zapłaciliśmy 1700 Rs.. Na szczęście tego samego dnia sprawdziliśmy ceny w aplikacji Cleartrip (bardzo, ale to bardzo pomocna w podróżowaniu po Indiach, więcej o niej jeszcze napiszemy) i okazało się, że powinny kosztować 500 Rs. Na szczęście właściciel nie szedł w zaparte i przyznał się do pomyłki (oh reallyyyyy?) i policzył nas za AC 3 Tier, a nie jak za zamówiony zwykły SL (sleeper).

Jakby tego było mało, udzielane w tym biurze porady zaprowadziły nas na pociąg do malowniczej miejscowości Londa, która miała być w bezpośrednim sąsiedztwie naszego celu – wodospadu Dudhsagar, a okazała się być oddaloną od niego o ponad 60 km stolicą niczego.

Jeśli spodobał Ci się ten post i chcesz być na bieżąco, to po więcej informacji, inspiracji, ciekawostek zapraszamy na   Facebook, Instagram Twitter - do zobaczenia!
pokaż więcej
Load More In Indie

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Loading Facebook Comments ...

Zobacz także

Mumbaj na wyrywki: Brama Indii

Brama Indii – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Mumbaju, witający kie…