Strona główna Podróże kulinarne Alkohole śwata Alzacki szlak winny – spacery wśród winnic

Alzacki szlak winny – spacery wśród winnic

37 min. czytania
0
0
Alzacki szlak winny - Kaysersberg

Znowu to samo. Po kilku tygodniach intensywnej pracy marzymy o wyrwaniu się z miasta choć na kilka dni. Krzyczę do Michała radośnie na całe mieszkanie, że na jego urodziny są bilety do Alzacji. Na wszelki wypadek dodaję, że robią tam jego ulubionego sylvanera. Zanim Michał pokonał odległość dwóch pokoi, mamy już bilety na skrzynce mailowej.

Po spontanicznym zakupie otwieram mapę i zastygam w milczeniu, patrząc na wypisane ręcznie miejsca, które chciałabym zobaczyć. Alzacki szlak winny wije się przez 170 km, przez malownicze średniowieczne wioski i miasteczka, winnice, zamki, góry i doliny we wszystkich odcieniach zieleni.

Żałuję już, że tylko na kilka dni, że samolotem, a nie samochodem i że tradycyjnie zapowiadają deszcz. Przestaję się martwić w momencie, w którym widzę nocleg w malutkiej wiosce, z dwoma kotami na pokładzie i uroczym patio. Plan jest prosty – omijamy duże miasta i – tym razem wyjątkowo – muzea, spacerujemy, degustujemy wina alzackie i próbujemy naładować baterie.

Alzacki szlak winny – co, gdzie, kiedy, dlaczego

Cieszy mnie, że enoturystyka staje się w Polsce i dla polskich turystów coraz bardziej popularna. Oferuje o wiele więcej, niż degustacje win i zwiedzanie winnic. W parze z winiarstwem idzie dziedzictwo kulturowe, tradycje, historia kraju i Europy – oraz okazja, by poznać bliżej mniej znane zakątki świata i dać się ponieść różnorodności.

Im więcej czytam o winach, tym mniej wiem :). Z każdą kolejną książką pojawia się setka rozwidlających się ścieżek, spotkania z winiarzami odkrywają przede mną kolejny region z zupełnie innej strony. Chce się wiedzieć i rozumieć więcej – dlatego przy każdej okazji degustuję, uczę się, nadrabiam zaległości, wnikam i daję się zaskoczyć.

Alzacki szlak winny – trochę historii

Oczywiście, Alzacki szlak winny nie istniał „od zawsze”, pojawił się – jako produkt turystyczny – w 1953 roku. Co obejmuje? Och, świat win Alzacji!!!

Znajdziecie tu i różnorodne szlaki, pomagające poznać Alzację, festiwale winiarskie i inne wydarzenia, miasteczka i wsi na trasie, zamki, polecane miejsca gastronomiczne, noclegi i campingi. Oraz wina, wina, wina – około tysiąca winnic, szczepy, degustacje i parowanie z jedzeniem. Co was najbardziej interesuje?

5 odcinków Alzackiego szlaku winnego

Jeden z najstarszych szlaków turystycznych został podzielony na pięć regionów:

  • Pays de Wissembourg
  • Vignoble de Strasbourg, od Marlenheim do Molsheim
  • Cœur d’Alsace, pomiędzy Mont Sainte-Odile i Château du Haut-Kœnigsbourg (mój cel na następny raz)
  • Terre et Vins au Pays de Colmar
  • La Route des Vins Sud-Alsace, okolice Thann i Guebwiller

Szlak można zwiedzać pieszo, rowerem i samochodem. Warto tylko upewnić się, co każdy region proponuje i od czego chcecie zacząć albo kontynuować. Jeśli jesteście w wieku, uprawnionym do degustacji win, zastanówcie się nad trasą samochodem. Oczywiście, całą trasę można przejechać w jeden dzień. Tylko czy o to chodzi? Zostawcie sobie czas na spacery, lenistwo i wino.

I…zwolnijcie :).

Na co zwracać uwagę przy wyborze win

W Alzacji wina są produkowane z siedmiu głównych szczepów – Sylvaner, Pinot Blanc, Riesling, Muscat, Pinot Gris, Gewurztraminer i Pinot Noir (oprócz Pinot Noir, wszystkie białe).

Tylko cztery z nich dopuszczone są do produkcji win najwyższej klasy w tym regionie –  Riesling, Muscat, Pinot gris i Gewürztraminer. Oznaczone na etykiecie są jako Grand Cru.

Czym jest oznaczenie Grand Cru? Potwierdzeniem spełnienia rygorystycznych warunków AOC (Appellation d’Origine Contrôlée), określających na jakiej wysokości geograficznej powinny znajdować się winnice, jakie szczepy mogą być użyte, warunki zbiorów, produkcji wina, etc.

Jeśli na etykiecie zobaczycie napis vieilles vignes – będzie to oznaczało, że wino jest zrobione z winogron, zebranych ze starych krzaków (wieloletnich – im starsza jest winorośl, tym lepszego wina – teoretycznie – można się spodziewać).

Moje serce zdobył Cremant d’Alsace – alzackie wino musujące, produkowane metodą tradycyjną. Zakochałam się w charakterystycznym smaku i nie jestem w stanie przejść obojętnie wobec żadnej etykiety na półce.

W odróżnieniu od innych regionów Francji, takich jak Bordeaux lub Burgundia, Alzacja nie ma na wina cen zaporowych. Z bananem na twarzy kiedyś obejrzałam live’a dziewczyny, prowadzącej bloga Uwielbiam Francję. Nie mogła wyjść z podziwu, jak drogie mamy wina w Polsce, w tym z Alzacji. Opowiada często o winach za 5-15 EUR, które po transporcie, akcyzie i narzucie importera, w Polsce lądują na innej półce cenowej, niż moglibyście spróbować, będąc w podróży.

Nie narzekam :) Cieszę się, że coraz częściej można te wina w Polsce znaleźć, po cichu zazdroszcząc osobom, które mogą wpadać do ulubionych winnic z wizytą w celu uzupełnienia zapasów.

Wszystkie informacje znajdziecie na stronie Alzackiego szlaku winnego.

Alzacki szlak winny – z Kientzheim do Kaysersberg

Z centrum Kientzheim do bram wejściowych i murów, otaczających miasto, idzie się kilka minut. Albo pół godziny – jeśli doliczyć czas na zatrzymywanie się przy kwietnikach z różami i pelargonią, otaczających wiekowe domy, i zaglądanie do każdej winiarni, zapraszającej do środka beczkami, przerobionymi na potykacze, nieskomplikowanymi aranżacjami z butelek i korków oraz przyjemnym w letnie upały chłodkiem piwnic ze skarbami.

Zobaczcie sami, jak w Kientzheim jest pięknie!!! Była to najlepsza decyzja pod kątem bazy wypadowej na kilka dni

Za murami miasta ciągną się winnice – aż po horyzont. Czuję, jak powoli radość zapełnia serce, wyciskając z niego napięcie ostatnich dni, jak pastę z tubki. Przy kierunkowskazie wyłączamy mapę w telefonie – sądząc po prostej strzale z punktu A do punktu B, nie da się tu zgubić :). Jeśli iść wzdłuż szosy, droga zajmie około 20 minut, droga przez winnice jest odrobinę dłuższa.

Raz na jakiś czas mijamy grupki turystów – pieszo i na rowerach – wszyscy nas pozdrawiają, w kilku językach – raz po francusku, raz po niemiecku, czasem po angielsku. Po chwili, konsternacji coraz pewniej wymawiam melodyjne francuskie „r” w bonjour – na szczęście, nikt nie wymaga ode mnie głębszej znajomości francuskiego, a mój wysiłek i tak jest nagradzany ciepłymi uśmiechami.

Podświadomie zaczynam nucić piosenkę z ulubionej w dzieciństwie kreskówki, kręcąc się na pięcie i podskakując w takt słowom, kiedy nikogo nie ma na horyzoncie.

Zielony – uspokaja. Może dlatego tak bardzo pokochałam SłowenięKraj Basków. Teraz, mając kolejny kilometr alzackiego szlaku w nogach, czuję, jak spokój schodzi na mnie falami.

Cieszą listki winogron i zawiązujące się na krzakach kiście jagód, z których potem jesienią powstaną znakomite wina, nierówna linia lasów, porastających góry, oraz czerwone dachy domków, widocznych z daleka.

Raz na jakiś czas spotykamy tabliczki z nazwami szczepów i winnic, do których należą równe zielone rządki, oraz przygotowane miejsca na przerwę lub dłuższy postój.

Za chwilę na horyzoncie pojawia się komin zamku oraz ceramiczne dachy Kaysersbergu. Obiecujemy sobie, że przed zwiedzaniem nawiedzimy jakąś winotekę, by uczcić pierwszy dzień w Alzacji.

Fajnie jest zagłębić się w uliczki Kaysersbergu bliżej wieczoru, kiedy większość zwiedzających rusza dalej w trasę. Znikają stoiska z pamiątkami, odsłaniając piękne mury średniowiecznych domów, w piekarni można dorwać bagietkę na kolację, a w pobliskim sklepie – kupić ser do wina.

W restauracjach pojawiają się nawet wolne stoliki – „Tarta flambee sezonowa czy klasyczna?” Michał patrzy mi prosto w oczy – „Sylvaner, prawda?” Do szparagów? Najlepszy!!!

Na stoliku ląduje ceramiczny dzbanek z winem. Nie pragnę niczego bardziej, niż siedzieć tu kolejną godzinę, sącząc wino, gapiąc się na przechodniów i gości restauracji obok przy stolikach, patrząc jak ostatnie promienie słońca żegnają się z wiekowymi dachami miasteczka.

Alzacki szlak winny – z Kientzheim do Riquewhir

Chmurzy się. Tak porządnie się chmurzy. Gdybyśmy byli w Warszawie, to prawdopodobnie westchnęłabym, machnęłabym ręką na plany i z kubkiem kawy naciągnęłabym koc aż pod nos, zagłębiając się w książkę.

Po francuskich tostach na śniadanie, z porządną szczyptą cynamonu, masła i syropu klonowego, którymi poczęstowała nas właścicielka mieszkania, czuję się odważniejsza, choć zerkam na jedyne w tej podróży trampki z pewną dozą nieufności. Wychodząc z mieszkania, nadał mam na języku smak zdobnego ciasta, które rozświetli dzień co najmniej do Riquewhir.

Dla animuszu bierzemy ze sobą zestaw alzackiego turysty, czyli bagietkę, ser i wino, zamierzając zrobić sobie piknik gdzieś na skraju drogi.

Trafiamy w sam środek zawodów, które, mam taką szczerą nadzieją, polegają nie tylko na jeżdżeniu rowerami, również na piciu wina.

Droga do Riquewhir zawiera sporo wzniesień i nachyleń, dlatego też szczerze podziwiamy ludzi ewidentnie o różnej kondycji fizycznej, którzy nieustraszenie skręcają w wąskie ścieżki pomiędzy rzędami winorośli według kierunkowskazów, niekiedy na rowerach, zupełnie nieprzystosowanych do jazdy w terenie, i, ciężko dysząc, depczą pedały, pokonując kolejne odcinki trasy.

Szerokie murki przy drodze i gdzieniegdzie ławeczki sprzyjają spowolnieniu naszej eskapady turystycznej. Nie spieszy mi się. Takie same widoki, co wczoraj? Owszem. Ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Gdybyśmy byli tu dłużej, byłabym gotowa robić coraz dłuższe odcinki, nabierając wprawy przy przygotowaniu się do wędrówek i maszerowaniu bez specjalnego celu.

Gadamy, o życiu, o planach, o podróżach, zagryzając je chrupiącą bagietką. Śmiejemy się, że dalibyśmy teraz pół królestwa za cooler do wina, które szybko nagrzało się w plecaku. Nie mamy królestwa, nie mamy coolera.

Czy tak podaje się znakomitego rieslinga alzackiego Grand Cru? Oczywiście, że nie. Czy pamiętam, jak smakowało? Oczywiście, że tak. Poza oczywistymi cechami i opisem, które znajdziecie na stronie winnicy i w książkach o szczepach, smakowało też porywami wiatru, który skakał po liściach winorośli, muśnięciami słońca, które raz na jakiś czas przebijało się przez chmury, spokojem i życzliwością napotkanych ludzi.

Pierwsza zapowiedź Riquewhir napawa optymizmem. Jestem zachwycona utrwalonym dla pieszych i rowerzystów znakiem powitalnym.

Choć na piwo zupełnie nie mam ochoty, nie tu, nie po to tu przyjechałam, dosłownie czuję na końcu języka, ten moment, kiedy łyk zimnego piwa zmywa pył drogi, wszystkie kilometry i zmęczenie, zostawiając tylko dziką radość.

Mijamy szyldy sklepów z winem i kwietniki, tonące w kwiatach. Nie mogę minąć obojętnie nietrwałego piękna w mocnych kolorach, kontrastującego z odcieniem ścian domów. Setki zdjęć lądują na karcie aparatu w nadziei, że któregoś zimowego wieczoru uśmiechnę się do tego fotograficznego potoku jaskrawych megabajtów, uwiecznionych tylko dla mnie na pamiątkę tej chwili.

Głowna ulica Riquewhir pachnie zniewalająco ciasteczkami. Robią tu przecudowne makaroniki i babki, które trzeba kupować w większych ilościach. Zamawiane oszczędnie, z dbałością o sylwetkę, znikają z torebki już przy bramie miasta, pozostawiają rozpacz i chęć natychmiastowego powrotu do cukierenek.

Ilość turystów, tłoczących się w wielu knajpach, barach i winotekach, podpowiada, gdzie warto się udać (no, może nie zawsze) – wystarczy trafić na moment między grupami, kiedy robi się miejsce przy ladzie albo stoliku.

Przeprosiliśmy się z jednym takim miejscem – ich Cremant d’Alsace nadal trzyma pierwsze miejsce w moim serduszku. Po kilku spróbowanych winach, kelner razem z nami wertuje menu, pomagając dokonać trudnego wyboru ostatniego zamówienia, przy okazji opowiadając o winnicy, terenie i szczepach, a my postanawiamy wrócić tu czym prędzej samochodem – żeby zabrać ze sobą kilka znakomitych win, porcelanę, przy której wzdychałam trzy dni, oraz kieliszki, kształt których mnie urzekł i zapragnęłam je mieć ten tu natychmiast.

Alzacki szlak winny – Colmar, stolica alzackich win

Colmar nam się nie udał. Niby u przyrody nie ma złej pogody, ale po paru godzinach chodzenia po ulewie w nasiąkniętych butach marzyłam tylko o ciepłej kolacji i ciepłej kołdrze, wznosząc w myślach modły o ogrzewany pokój w hotelu.

Cukiernie z ciastkami, w których jestem gotowa zostać, póki nie spróbuje każdego ciastka, sklepy z kieliszkami wina, winiarnie i bary, zapraszające na popołudniowe aperitif – co chwila wyciągam rękę z telefonem, robiąc fotograficzne notatki i obiecując, że wrócę.

Knajpa, do której bardzo chcieliśmy pójść z okazji urodzin Michała – zamknięta. Damn! Śmiejemy się, że karma nas lubi – mamy deja vu z Bledu: leje deszcz, a my znowu mijamy się z grupkami turystów z Azji, którzy przyjechali tu, być może, po raz pierwszy i ostatni i są zdecydowani zobaczyć to miasto za wszelką cenę.

Zatrzymujemy się przy moście, przy jednym z najbardziej znanych widoków z Colmar – nie wiadomo, czy trzymać parasolkę nad głową czy nad aparatem.

Basta! Chcę gorącej herbaty, zimnego sylvanera i tarty flambee na pożegnanie, w dowolnej kolejności. I kolacji w jakimś przytulnym miejscu, choć to wcale nie są moje urodziny.

Mimo że jesteśmy pierwszy w kolejce do restauraji, zajmujemy jeden z ostatnich stolików. Jest cudownie, tak jak chciałam, choć nadal nie umiem odpowiedzieć na pytanie, czy kuchnia Alzacji to nie do końca moja bajka, czy wciąż trafiamy na bardziej turystyczne miejsca i następnym razem powinniśmy próbować zaglądać do miejsc na uboczu.

Z Alzacji wracam, pałając głębokim uczuciem to tart flambee i alzackich słodyczy.

Reszta… reszcie dam drugą szansę następnym razem oraz trzecią, jeśli będzie taka potrzeba, w naszej kuchni w nowych naczyniach ceramicznych :D

Zaplanuj podróż z Izą z bloga Moja Alzacja

Wracając z Kientzheim, przesiedzieliśmy na przystanku dwie godziny. Według naszego tłumaczenia rozkładu autobus powinien był być, a nawet dwa, ale żaden z nich na przystanku się nie pojawił. Do Colmaru nie było wcale tak daleko, ale rozszalała się ulewa i ochota na spacery przeszła.

Najpierw nam było szkoda 25 EUR na Ubera. Potem nam nie było szkoda, wręcz ucieszyliśmy się na widok małego samochodziku, zasuwającego dzielnie po mapie Comaru. Okazało się, że na całą okolicę są u przewoźnika całe dwa samochody i musimy poczekać na swoją kolej. Radości nie było końca, kiedy wreszcie wsiedliśmy do ciepłego auta.

Jestem przekonana, że na rozkładzie była gwiazdka, którą przeoczyliśmy, albo którą Google translate przetłumaczył nie tak jak trzeba. Pewnie tego dałoby się uniknąć, gdyby którekolwiek z nas mówiło po francusku :).

Ja, mimo wszystko, nastawiam się na inną grupę językową – w planach mam hiszpański, włoski lub portugalski. Gdybyście celowali jednak w kursy języka francuskiego, polecam wam Izę i jej blog Moja Alzacja.

Izę znalazłam w Internecie kilka lat temu, kiedy zaczęłam marzyć o Alzacji i chciałam wiedzieć na jej temat wszystko. Zapisałam się na newsletter, wertowałam posty – dzięki temu zanurzałam się w świat uliczek średniowiecznych miast Alzacji, tradycji bożonarodzeniowych i ciekawostek z życia codziennego. Ma też w newsletterach słówka, tak bardzo potrzebne w życiu codziennym, ale bez bicia przyznaję się, że zatrzymałam się na éclair i baguette :)

Iza ma nie tylko kursy francuskiego… Zrobiła NAJLEPSZE PRZEWODNIKI PO ALZACJI. Jest tam wszystko – od opisów miast, tras, komunikacji miejskiej i jak dojechać z lotniska po polecane miejsca na kawę, obiad czy tarty flambee. Ani razu nie otworzyłam dodatkowych stron, poza winnicami, bo wszystko miałam w jednym przewodniku na wyciągnięciu ręki.

Polecam wam Izę, jej blog, newsletter, przewodniki – wasz wyjazd do Alzacji, kiedyś, będzie niezapomniany. Czy jeszcze w tym roku? Pewnie nie. Świat stanął na głowie i planowanie podróży można przyrównać do fanaberii i nieosiągalnych marzeń. Mimo wszystko, trzymam kolejne punkciki na trasie Alzackiego szlaku winnego na liście do obejrzenia, w nadziei zobaczyć je jeszcze na własne oczy.

Komentarze z Facebooka
Jeśli spodobał Ci się ten post i chcesz być na bieżąco, to po więcej informacji, inspiracji, ciekawostek zapraszamy na   Facebook, Instagram Twitter - do zobaczenia!
pokaż więcej
Load More In Alkohole śwata

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Zobacz także

Winnice Słowenii – organiczne wina z MonteMoro

Wbiłam adres winnicy MonteMoro do GPSa. 12 minut samochodem z centrum Kopru…