Strona główna Podróże kulinarne Gdzie dobrze zjeść Lublana na weekend – spacery, dobre jedzenie i wino

Lublana na weekend – spacery, dobre jedzenie i wino

47 min. czytania
1
0
Widok z zamku w Lublanie, Słowenia

„Lublana? Malutka. Kilka godzin wam w zupełności wystarczy…”

Będąc w Słowenii po raz pierwszy, odwiedziliśmy Lublanę dwa razy.

Będąc po raz trzeci, zaczęłam tęsknić za tym miastem już przy ostatniej lampce wina, w knajpie przy brzegu Sawy. Patrząc na roześmiany tłum ludzi, który żywiołowo gestykulował, witał i żegnał się, gadał i flirtował w takt muzyki, roznoszonej echem nad taflą wody, przypomniałam sobie przygotowania do pierwszej podróży, skąpą listę atrakcji oraz obawy, co my tu będziemy robić.

Marząc o czwartym, dziesiątym, setnym razie w Lublanie, mogę odpowiedzieć bez wahania:”Jak to co? Spacerować! Jeść! I pić dobre wina!” Do szczęścia w zupełności wystarczy.

Lublana o poranku

Busik, w zastępstwie pociągów, zabrał nas z Kopru o nieludzkiej porze. Wypita przy stacji kawa w nocnym barze nie dawała spać – śledziłam sennie linię horyzontu, która powoli rozjaśniała się, rozmyta i niepewna w zachlapanym, brudem oknie. Zieleń mijanych łąk i lasów powoli nabierała właściwych odcieni. Dotarliśmy do Lublany, rozświetlanej pierwszymi promieniami słońca.

Choć nie jestem amatorką przedwczesnych pobudek, uwielbiam zapach poranka. Ma taką orzeźwiającą, klująca w policzki, moc, której nie ma żadna inna pora dnia. Miesza w głowie niczym kieliszek musującego :).

Głowa domagała się ponownie kawy. Najlepiej podwójne espresso albo wielkie americano przy stoliku, w słońcu. Mieliśmy nadzieję znaleźć chociaż jedną otwartą kawiarnię, gotową ratować gorącym, smolistym napojem rannych ptaszków i zbłąkanych turystów. Wszystko zamknięte na trzy spusty, a miejsca, w których widzieliśmy krzątający się personel, były już zamknięte, a nie „już otwarte”. Uśmiech kelnerek nie szedł w parze ze zmęczonymi po bezsennej nocy oczami – zapraszały nas od 12 albo po południu.

Cisza pustych ulic Starego miasta dzwoniła w uszach. Mimo doskwierającego braku kawy, doceniałam moment, w którym byliśmy sam na sam z Lublaną, nie przykrytą szyldami reklam i potykaczami, nie schowaną za gwarem turystów i brzękiem sprzątanych naczyń.

Zmęczeni sprawdzaniem każdej uliczki, z ciężkimi plecakami, zwróciliśmy się do mądrości internetów. Dziesięć minut później siedzieliśmy w kawiarni, dzieląc stolik z wróblami, które głośno protestowały przy krzesełku naprzeciw o podjadane przez nas z talerzy okruszki.

Co mogłam zrobić, skoro śniadanie było pyszne?

O tym, że tu dobrze karmią, wiedziały nie tylko wróble.

Powoli stoliki obok zapełniały się sąsiadami z bloków obok i przechodniami. Jegomość w finezyjnym szlafroku i kapciach przysiadł do stolika do dwóch Pań. Ewidentnie się znali. Nie mogłam tylko zrozumieć, czy Panie, tak gustownie i pięknie ubrane, dopiero wracały z nocnych imprez, czy tak wytwórnie przygotowały się do porannych pogaduszek. Śmiały się i podrzucały wróblom chlebne skórki z kanapek. Taka sama para turystów z bagażami, przed samolotem lub pociągiem, jeszcze z przewodnikiem w ręku. Sędziwi staruszkowie, którzy zatrzymali się na kawie, przed porannym spacerem.

Dzieliłam swój kubek gorącej czekolady na krople szczęścia i minuty przyjemności. To był jeden z poranków, które zostają w pamięci :).

Le Petit Café, Trg Francoske Revolucije 4, Lublana

Lublana na kawę

Niemiłosiernie lało.

Nic nowego. Byłam gotowa na deszcz nie zwracać uwagi, ale ciężko było ignorować nasiąknięte wodą buty. Czułam, jak chłód powoli ściska stopy i chwyta za kostki. Ucieszyłam się wtedy na widok kawiarni z wolnymi stolikami, bardziej niż zwykle.

Z progu zobaczyłam w witrynie gibanicę, którą odkryłam dla siebie w Radovljicy. Nie każda gibanica jest warta zjedzenia, warto jednak zamówić każdą, która mówi do was „zjedz mnie”. Nigdzie indziej do tej pory nie spotkałam takiego ciasta, poza Słowenią.

Nowoczesne wnętrza nie do końca współgrały z finezyjnymi ciastkami i czekoladą w witrynie, chyba wolałabym klimat bardziej otulający – jak zapach czekolady.

Pani za ladą, widząc moje rozterki, uśmiechała się cierpliwie, pozwalając dokonać wyboru.

Nie było kolejki, więc nikt nie fukał za plecami, że myślę za długo. Kiedy jest to jedną z najważniejszych rzeczy w cukierni!!!! Czasem, od tej decyzji zależy, czy dzień albo wieczór będą udane :).

Mój ulubiony moment? Kiedy zanurzam mały widelczyk w skorupce polewy, przed pierwszym kęsem. Pamiętam wszystkie ciastka, które zrobiły na mnie wrażenia, oraz miejsca, w których je znalazłam. Równie dobrze mogłabym na mapie Europy wytoczyć swój szlak cukierni i kawiarni znanych i tych niezbyt, gdzie wiedzą co nieco o maśle, cukrze i składnikach ze smakiem :).

Dobra kawa, dobra gibanica, dobre rożki czekoladowe, dobre wszystko. W słoneczną pogodę pewnie brak tu wolnych stolików. I tak wrócę, nawet jakbym miała usiąść na chodniku obok.

Slaščičarna Lolita, Cankarjevo nabrežje 1, Lublana

Lublana na lunch

Pokochałam spacery wzdłuż Sawy.

W centrum miasta, jest tu tłocznie i gwarnie od rana do wieczoru. Knajpa na knajpie, bar na barze – z różnorodną kuchnią, piwem, winem, herbatą i kawą.

W słoneczne popołudnia najlepsze miejsca w ogródkach, tuż przy wodzie, są oblegane – nie ma co nawet liczyć na łut szczęścia.W sumie, trudno się dziwić – sama siedziałabym tam, pławiąc się w błogości chwili.

Pop’s Place

Minęliśmy to miejsce wielokrotnie podczas spacerów. Zawsze tam było wesoło, uwodzicielsko pachniało grillem, a ja tylko kręciłam nosem, próbując znaleźć jakieś wyjątkowo miejsce ze słoweńską kuchnią, które zapamiętam na dłużej.

Na szczęście lało. To znaczy, w Słowenii zawsze leje, jak jesteśmy. Więc nawet już pogodziłam się z urokiem naszych słoweńskich wakacji (albo osobliwościami pogody w tych rejonach).

Tego dnia zaczęło lać akurat w okolicach Pop’s Place. Mieliśmy mokre buty, byliśmy zmęczeni chowaniem się za parasolkami, które nic nie dawały, potrzebowaliśmy suchego miejsca, gdzie będzie można przeczekać ulewę i trochę odpocząć. Niech będzie grill i to piwo.

No cóż…po raz kolejny przekonaliśmy się, że słoweńskie krafty mają się dobrze i są po prostu znakomite. Tanie nie były, ale po spróbowaniu kilku ciekawych zamawialiśmy kolejne, w niemym zachwycie.

Przekonaliśmy się też, że robią jedne z najlepszych burgerów, jakie jadłam w swoim życiu. Na tyle dobre, że po raz pierwszy w swoim życiu po wielkim zestawie z frytkami byłam gotowa zamówić ten sam zestaw ponownie.

Obłędnie dobre burgery!!! Zamówiliśmy jeszcze raz, wiadomo. Co prawda nie zestaw, a takie mini-burgery, do smaku. Teraz sentymentalnie żałuję, że nie ten sam ponownie (i odliczam dni do powrotów).

W lokalu i w letnim ogródku zawsze jest pełno, ale warto próbować. Przy wielkim stole w środku może znajdzie się miejsce i dla was :)

P.S. to chyba też jeden z lokali, w którym wiedzą jak się robi otwartą na salę kuchnię, gdzie non stop smażą mięso. Można sobie oglądać, jak ekipa sprawnie robi burgery, bez dodatkowych efektów zaczadzenia od gotowania. Przydarzyło nam się to kilka razy w Warszawie, od teraz nie wierzę w tłumaczenia, że tak to z otwartą kuchnią jest i trzeba za widowisko płacić, w tym wypadku łzawiącymi oczami i brakiem powietrza.

Pop’s Place, Cankarjevo Nabrežje 3, Lublana

Hiša kulinarike Manna

Ostatnie parę godzin przed busem do Padwy. Plecaki stawały się coraz cięższe, miejsc z wolnymi stolikami było coraz mniej, a nam było coraz bardziej wszystko jedno, gdzie zjeść przed długą drogą.

Wybrawszy kolejny lokal z dobrymi recenzjami, stwierdziliśmy spróbować szczęścia po raz ostatni, zanim zainwestujemy w smutną kanapkę z baru przy dworcu kolejowym, ściśniętą w plastyk.

„Macie rezerwację?” Chyba rozpacz w naszych oczach stopiła lód w sercu kelnera, który długo wertował zeszyt i się zastanawiał z koleżanką, zanim wskazał nam stół tuż przy wejściu. „Może być?” Może być? Panie, luksusy!!! Ceny były wyższe, niż zazwyczaj trafialiśmy, a pięknie ubrani goście, którzy co chwila wchodzili do lokalu na lunch, sprawiali, że z naszymi plecakami i w ubraniach na drogę czuliśmy się lekko nie na miejscu. Ale raz się żyje, prawda?

Kelner, oprócz życzliwości i gościnności, miał ogromne poczucie humoru, dzięki czemu chwilę później zalewaliśmy się śmiechem, wybierając dania. Byliśmy gotowi dyskutować z nim o każdym daniu – opowiadał o nich prawie w wierszach, sprawiając, że chciałam spróbować wszystkiego.

Moje rozterki co do dań zawęził do krótkiego „risotto, nie będzie Pani żałować”.

W ciemnym narożniku, obwieszonym obrazami, przy parapecie zastawionym przewodnikami po Lublanie, pod regularne, szybkie kroki kelnerów, na schodach zamienianych na bieg, spróbowałam najlepszego w swoim życiu risotto z atramentem kalamarnicy i owocami morza. Równać się mogą na chwilę obecną tylko risotto z Grano Duro, które, na szczęście, mamy pod bokiem.

Czas zwalniał, wraz z każdym kolejnym kęsem. Życie tykało nam w uszach, zmuszając nas do podjęcia trudnych decyzji – jeśli będziemy czekać na deser, to nie zdążymy dojść na dworzec. Spóźniać się na autobus się nie chciało, kolejny był następnego dnia, nie chciało się też rezygnować z deseru, po feerii smaków głównych dań.

Nieśmiało zapytaliśmy o czas oczekiwania na deser, tłumacząc się biletami i czekającą na nas podróżą. Parę minut później, kelner, stawiając przed nami pucharki, mrugnął do nas porozumiewawczo „zamówię dla was taksówkę”.

Desery były warte i kursu taksówki, i (prawie) spóźnienia na autokar. Paręnaście minut później, po objazdach korków, kołaczących w piersiach sercach, stękaniach na każdych światłach oraz 3 EUR (słownie – TRZECH), byliśmy na dworcu, PRZED autokarem, oraz nadal w gastronomicznym niebie, przeżywając ostatni lunch w Lublanie, danie po daniu. Nadal go zresztą przeżywam.

Muszę dodawać, że wrócimy tutaj przy pierwszej okazji?

Hiša kulinarike Manna, Eipprova ulica 1a, Lublana

Lublana na wino

Vinoteka Movia

Teraz już nie pamiętam, czy wiedziałam o winach Movia wcześniej (Movia Wines – jedna z najbardziej rozpoznawalnych marek winiarskich Słowenii) i szukałam miejsca do degustacji czy wpadliśmy do winoteki Movia przypadkowo – bo lało i byłam zmęczona. Wszystko mogło się zdarzyć.

Niemniej jednak, do Vinoteki Movia trafiliśmy i przesiedzieliśmy przy ladzie dłuższą chwilę, gadając z barmanem o winach, szczepach i dlaczego tak trudno znaleźć wina słoweńskie poza granicami kraju.

Wiecie co odpowiedział?

Popatrzył tak rozmarzony, z uśmiechem Mony Lisy za okno, wycierając ręcznikiem czyste kieliszki. Krople deszczu dudniły w okno, przy którym Pani w ramach indywidualnej degustacji intensywnie wąchała wino i coś skrzętnie notowała. Uśmiechnął się do nas: „jesteśmy małym krajem, kiedy pada – kupujemy dwie butelki i idziemy do domu oglądać Netflixa. A że pada często to nie starcza specjalnie na eksport”.

P.S skąd u mnie, słonecznej dziewczyny, dla której lato zaczyna się od +30, taka miłość do krajów i regionów, w których najczęściej leje???

P.P.S. fajny wybór win, stylowo i przytulnie jednocześnie (choć te dwa słowa raczej wzajemnie się wykluczają), życzliwie i ciepło.

P.P.P.S. wina Movia są znakomite!

Vinoteka Movia, Mestni trg 2, Lublana

Vinoteka Štorija

Ostatni poranek. Obwieszeni ciężkim plecakiem i torbami, powoli szliśmy uliczkami Lublany, żeby zabrać ze sobą „pocztówki” w sercu, tak żeby starczyło w pamięci do następnego razu. Na moich pocztówkach było pstro od tabliczek”orange wine”, „orange wine tasting”, którymi całe turystyczne centrum było obstawione.

Michał lekko szturchnął mnie za łokieć, wskazując na lekko zakurzone okna winoteki. Chodź na ostatni kieliszek! Chwilę wahałam się – bo torby ciężkie, byłam lekko niewyspana i miałam ochotę marudzić i tupać nóżką. Ale ostatecznie potajemna chęć spróbować czegoś nowego wzięła górę.

Weszliśmy do malutkiego sklepu, w którym baliśmy się niepotrzebnie obrócić, żeby nie strącić butelek, poukładanych na półkach, ustawionych na kartonach. „Dzień dobry, my chcielibyśmy spróbować „win pomarańczowych”. Twarz faceta rozświetlił szeroki uśmiech. „A jaki styl win pomarańczowych Pani lubi? To wszystko (wskazując ręką dookoła) – wina pomarańczowe.” Chyba mimowolny ruch mojej dolnej szczęki, która opadła w zachwycie, zrobił na nim wrażenie.

Szukałam w pośpiechu etykiet w telefonie – żeby pokazać, jakie mi się podobały. Pan w międzyczasie ustawiał przede mną kolejne, w takim samym pośpiechu i zachwycie, producentami (a jakże), opisując je jedną za drugą. Oczy mu płonęły, kiedy brał z uczuciem butelkę do ręki, a stopień zachwytu był wyrażany poziomem szaleństwa winiarza „crazy guy makes this wine”. Całe szaleństwo polega na eksperymentowaniu z winem na skórkach :).

Mam wrażenie, że znał wszystkich producentów po obu stronach granicy i koniecznie chciał tym się z nami podzielić. A ja nie byłam w stanie oderwać od niego oczu. Gdyby nie bus do Włoch, byłabym gotowa stać tam kolejne kilka godzin, słuchając historii o winach, etykietach oraz tym, jak ci ludzie kochają swoją ziemię.

Liczę, że następnym razem, gdy Pana odwiedzimy, nie będziemy nigdzie się spieszyć, mając czas na rozmowy i degustację.

Vinoteka Štorija, Trubarjeva ulica 17, Lublana

Vineria Del Ponte

Weszliśmy do sklepu raczej pogapić się na wina i coś kupić na wieczór. Pani przy kasie z ogromną cierpliwością i ciepłym uśmiechem obserwowała turystów. Przygotowane zestawy smakołyków schodziły jak ciepłe bułeczki, a Pani starała się wspierać klientów w ich decyzją wiedzą.

Wreszcie zostaliśmy w sklepie sami i Pani stwierdziła podejść do nas, widząc że zawiesiliśmy się przy półkach z winami słoweńskimi. „Orange wine?” – pytam nieśmiało. Słowo daję, widziałam, jak zapaliły się takie małe iskierki w oczach. Zaprowadziła nas do zupełnie innej półki – wina ze szczepów znanych, międzynarodowych, wina ze szczepów autochtonicznych (np. można je znaleźć tylko w jednym kraju lub regionie). Może Vitovska?

Trzymając w rękach dwie butelki, prosiłam o radę – bo mogliśmy zabrać ze sobą tylko jedną. Widziałam, że Pani już była ze mnie i z moich wyborów dumna – bo sama wahała się nad tym, z którą wyprawić mnie w świat.

Wyszłam ze sklepu lekko uskrzydlona, zapomniawszy na chwilę o deszczu, który nie zapomniał o nas. Czekał, aż wyjdziemy, żeby chlusnąć w twarz zimnymi kroplami. Nie zauważyłam wtedy :)

Vineria Del Ponte, Stari trg 2 (Pod Trančo), Lublana

Lublana wieczorem

Odprta kuhna – must be w piątek!

Co roku, kiedy robi się jaśniej i cieplej, czyli w bliżej nieokreślonym sezonie, w samym centrum Lublany, na jednym z ryneczków, ustawia się Odprta kuhna. Tak, tak – najlepsze kuchnie Lublany pod otwartym niebiem.

Jeśli kochacie Nocne markety (cześć Warszawo), targi śniadaniowe, jedzeniowe – wszystkie te koncepty mini-wersji dań z ulubionych knajp, pokochacie Odprtą kuhnę. Skwierczące na grillu burgery, owoce morza, pakowane w papier kanapki i uwodzące przyprawami pudełka z kuchnią azjatycką przyprawiały o zawrót głowy – zapachami, wyborem oraz poczuciem bycia częścią jedną z większych imprez miejskich. Wszystko w towarzystwie doskonałych win słoweńskich, na kieliszki i butelki.

O mało nie padłam trupem, kiedy cała rozhulana impreza grzecznie rozpuściła się w przestworzach punkt 22:00. Stoiska przestały sprzedawać dania (zrozumiałe), stoliki, palety do siedzenia zostały w jeden mig posprzątane, a uczestnicy, których, wydawałoby się, nic nie oderwie od rozmów, przenieśli się do otwartych barów wzdłuż rzeki – kontynuować tak pięknie rozpoczęty wieczór.

Odprta kuhna, Pogačarjev trg, Lublana

Wzdłuż nabrzeża

I tak naprawdę, nie tylko wieczorem – każdego dnia, od otwarcia do ostatnich minut – cudowne miejsce na kawę, herbatę, lunch, obiad, wino, piwo, randki i spotkania z przyjaciółmi, przyciągające do siebie, jak magnes, całe miasto.

Wieczorem trudno o wolny stolik, choć najczęściej po kilku minutach można znaleźć nawet przy samej wodzie. Tłum rozmawiających i nie zwracających na nas uwagę ludzi dookoła pozwala na chwilę refleksji i wytchnienia, kiedy można nic nie mówić, tylko patrzeć na światła, rozmywające się w wodzie, obserwować, jak przy sąsiadujących z nami stolikach zmieniają się twarze i języki.

Siedzieliśmy tam do późnych godzin nocnych, oficjalnie tłumacząc się zmęczeniem i że nie mamy sił iść z powrotem do hostelu, bo baliśmy się tak naprawdę przyznać, że wcale nie chcemy stąd wyjeżdżać. Ciągnęliśmy te minuty w nadziei zagiąć czasoprzestrzeń, wydłużając wieczór o kilka miesięcy albo lat :).

Zwiedzanie Lublany

Poza kilometrami ulic i kilogramami jedzenia, zobaczyliśmy w Lublanie zamek i Muzeum Iluzji.

I Metelkovą!!! I mnóstwo rzeźb i streetartu.

Na resztę nie starczyło czasu – z odrobiną kokieterii, obiecałam sobie zwiedzić więcej muzeów następnym razem podczas kolejnych wizyt.

Zamek w Lublanie

Dwa lata temu zgubiłam w Lublanie czapkę. Właśnie na zamku. Wchodząc – miałam, schodząc – już nie. Czapka jak czapka. Kupiona w dziale męskim (bo mi się bardziej podobała), przez te pięć lat objechała ze mną pół świata i była świadkiem wielu zdarzeń.

Dziedziniec zamku zalewało słońce, na które czekaliśmy w Słowenii prawie tydzień, zmagając się – nota bene na majówkę – z deszczem, chłodem i mgłami.

Michał wtedy powiedział, by machnąć ręką i że jeszcze tu wrócimy, po nową czapkę. Cały czas mam nadzieję, że zamek ma magiczną moc, a my będziemy tu wracać, rok po roku, w poszukiwaniu najlepszej czapki na świecie :)

Poza moją zgubioną czapką, możecie również podziwiać tu historię miasta, regionu, czasów mocno przeszłych i teraźniejszych, w postaci przygotowanych ekspozycji, wystaw i wydarzeń kulturalnych. Choć nie mogliśmy być, zdobyli moją serce wiadomością o koncercie Laibach na zamku :).

Warto tu wspiąć nawet dla samych widoków na miasto, choć obowiązku wspinania nie ma – można sobie komfortowo wjechać kolejką linową, oszczędzając nogi na inne spacery po mieście :)

Było to o tyle istotne, że postanowiliśmy zdobyć zamek jak prawdziwi odkrywcy, z plecakami i całym dobytkiem, w drodze do Kopru. Pamiętam każdy stopień, który musiałam z tym plecakiem pokonać, wchodząc na wieżę (OCZYWIŚCIE, ŻE WESZŁAM – WCHODZĘ NA KAŻDĄ WIEŻĘ Z WIDOKIEM NA MIASTO). Może dlatego czerwone dachy miasta tak wryły mi się w pamięć.

Bilety kosztują 13 EUR dla dorosłych, wliczając kolejkę linową, lub 15 EUR – jeśli zdecydujecie się dodatkowo na audioprzewodnik (warto jeśli lubie zagłębiać się w szczegóły!!!).

Zamek w Lublanie

Muzeum Iluzji

Wydawało mi się, że wyrosłam z takiego typu atrakcji i że najlepiej bawią się tam głównie dzieci.

Pominę usłużnie część o pielęgnowaniu swojego wewnętrznego dziecka (blablabla) :).

Dwie cudowne godziny życia, wypełnione po brzegi zabawą, rozkminami, jak to działa, refleksjami, jak niesamowicie skonstruowani jesteśmy my i świat, zleciały jak chwila.

Muzeum iluzji, Kongresni trg 13, Lublana

Metelkova

Omal nie wykręciłam głowy w busie, rejestrując kątem oka gigantyczny mural, ukryty za koronami drzew. Chyba krzyknęłam z wrażenia za głośno, bo wraz z Michałem obrócili się inni pasażerowie. Michał odpalał mapę, żeby wrzucić pinezkę ku pamięci, zupełnie niepotrzebnie. Kilka minut później zatrzymaliśmy się na stacji kolejowej.

Choć za drugim i kolejnym razem już nie robi takiego piorunującego wrażenia, i tak odwiedzamy to miejsce. Zresztą zamiast biegania pomiędzy budynkami można wreszcie skupić się na szczegółach i podyskutować, co autor chciał światu przekazać.

***

W Lublanie byliśmy:

  • kwiecień 2017
  • kwiecień 2019

Mówimy Lublanie po raz kolejny – do zobaczenia!

Komentarze z Facebooka
Jeśli spodobał Ci się ten post i chcesz być na bieżąco, to po więcej informacji, inspiracji, ciekawostek zapraszamy na   Facebook, Instagram Twitter - do zobaczenia!
pokaż więcej
Load More In Gdzie dobrze zjeść

Skomentuj

Jedna odpowiedź

  1. […] blogu Poszli Pojechali znajdzie kilka fajnych gastronomicznych […]

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Zobacz także

Okolice Piranu – Fonda, ekologiczna hodowla okoni morskich

Coraz częściej zastanawiam się, skąd pochodzi i jak trafia na mój talerz je…